Halooo, jest tu ktoś? Może jednak fandom siatkarski nie umarł całkowicie, gdzieś tam jeszcze dycha i potrzebuje tylko wyjść z podziemi? Jeśli tak, to wróciłam. Na jak długo? Nie mam pojęcia. Czy z nowym blogiem? Oczywiście.
Zapraszam na siatkarski cyrk w klasycznym wydaniu, z Marie Krasicką (z tych Krasickich, kto wie ten wie), przystojnym Słoweńcem, polskim Francuzem o słynnym nazwisku i jedynym, niepowtarzalnym Maksem Graniecznym. Obiecuję dużo absurdu oraz sentymentów dla fandomowych dinozaurów.poniedziałek, 22 czerwca 2026
Wielki powrót w najmniej spodziewanym momencie
czwartek, 29 czerwca 2017
Nowy blog, nowa historia, nowa tajemnica
Od opublikowania pierwszego rozdziału na tym blogu minął już ponad rok. Przez ten czas zdążyłam otworzyć jeszcze pięć historii, trzy z nich już zakończyłam. Teraz zapraszam was na szóstą, w której znów wracam do starej dobrej akcji, sensacji, bez wątku miłosnego, ale za to z odrobiną magii.
Polubiłaś/eś wygłupy siatkarzy, ich nieogarniętość i talent do pakowania się w kłopoty? A może podobała ci się wartka akcja, tajemniczy przeciwnik i walka ze złem? Chcesz dowiedzieć się, kto czuwa nad tym, by sportowcy się przez przypadek nie pozabijali?
Jeśli tak, to zapraszam na moje nowe opowiadanie "Morderczy set".
Polubiłaś/eś wygłupy siatkarzy, ich nieogarniętość i talent do pakowania się w kłopoty? A może podobała ci się wartka akcja, tajemniczy przeciwnik i walka ze złem? Chcesz dowiedzieć się, kto czuwa nad tym, by sportowcy się przez przypadek nie pozabijali?
Jeśli tak, to zapraszam na moje nowe opowiadanie "Morderczy set".
W momencie, gdy podpisujesz pierwszy kontrakt i zostajesz trenerem reprezentacji, stajesz się członkiem wyjątkowej grupy osób. Każdy trener ma swoje tajemnice. Ale łączy ich jedna.
Co skrywają podziemia Rzymu? Dlaczego ktoś porwał trzech siatkarskich trenerów? I co ma z tym wspólnego duch Huberta Jerzego Wagnera?
Co skrywają podziemia Rzymu? Dlaczego ktoś porwał trzech siatkarskich trenerów? I co ma z tym wspólnego duch Huberta Jerzego Wagnera?
Serdecznie zapraszam!
Violin
piątek, 6 stycznia 2017
Epilog
Ziemia zapadła się z głośnym hukiem. Greg patrzył jednak nie
na osuwisko, a na drogę zanim, gdzie już powinna pojawić się Zosia. Stojący
obok Stephane też zaczął się denerwować. Do ludzi Scotland Yardu dołączył
dosłownie kilka minut wcześniej ale doskonale słyszał zapewnienie Polki, że już
jest bezpiecznie na zewnątrz.
– Zośka, gdzie
jesteś? – zdenerwowany Lestrade uruchomił komunikator.
Opowiedziała mu głucha cisza.
– Zosia?
Ziemia przestała się trząść, a za budynkami wioski widniało
teraz bardzo malownicze gruzowisko. Ogromna dziura miała dobre pięćset metrów
długości, a spod sterty ziemi wystawała masa kabli i części jakiś urządzeń.
Jednak inspektorki nadal nigdzie nie było.
Pierwszy sytuacje zrozumiał Sherlock. Jak szalony rzucił się
w kierunku rozłamu. Zsunął się po prawie siedmiometrowej skarbie po czym zaczął
rozgarniać kamienie. Dopiero wtedy otrząsnęła się reszta. Mózg Grega zaczął
wszystko analizować, powoli rozumiał co się stało. I z każdą kolejna sekundą ogarniało go coraz
większe przerażenie.
– Oszukała nas! –
wychrypiał słabo, zsuwając się do dziury. – Nie uciekła!
– Nadal tu jest –
warknął Sherlock, nie przerywając poszukiwań. – Nie stójcie tak, musimy ją
znaleźć!
Wszyscy rzucili się do szukania. Szukali ludzie Scotland
Yardu, szukali polscy siatkarze, szukali nawet inni sportowcy, którzy akurat
znaleźli się w pobliżu, a nie zdążyli wcześniej zostać ewakuowani. Ktoś
zaalarmował ratowników, ktoś inny strażaków, pojawił się helikopter medyczny.
Zosię w końcu znalazł Stephane, a dokładniej zauważył jej
dłoń, wystającą spod gruzów.
– Nie, nie, nie –
udało mu się w końcu wyciągnąć kobietę. Widząc w jakim jest stanie, opadł
bezsilnie na kolana, nie był wstanie opanować łez. – Moja Zosia, moja mała
siostrzyczka… – łkał z głową inspektorki
opartą na kolanach. Jego palce kleiły się od jej krwi, nie mógł patrzeć na jej
przeraźliwie białą twarz. Nie czuł żeby oddychała, nie czuł jej pulsu. Jedynie
miał wrażenie, że cały świat wokół się wali.
Obiecał, że będzie ją chronił.
Zawiódł.
Nawet nie zauważył, jak został odciągnięty od Polki, bo
przejęli ją ratownicy. Ktoś objął go ramieniem, próbował uspokoić. Antiga nie
był jednak wstanie zahamować rozpaczy, która ogarniała całe jego ciało.
Dopiero dwa słowa trochę mu pomogły.
– Jest puls – tyle
usłyszał ze słów ratowników. Reszty mógł się domyślić.
Jest puls, Zosia żyje, będzie dobrze.
Będzie dobrze.
***
kilka miesięcy
później, Ottawa
Stephane stał przed lustrem i niepewnie przyglądał się
swojemu odbiciu. Granatowa bluza z czerwonym liściem klonowym leżała na nim
bardzo dobre, ale czuł się w niej jakoś nieswojo. Jakby nie należała do niego.
Dosłownie kilka godzin wcześniej podpisał kontrakt z
kanadyjską federacją. Rozpoczynał zupełnie nową przygodę, której już nie mógł
się doczekać, ale jednocześnie pożegnanie z reprezentacją Polski nadal go
bolało, nadal myślał o nich, jak o swojej rodzinie.
– Do twarzy ci w
granacie.
Odwrócił się gwałtownie, słysząc tak dobrze znany głos.
– Jak tu weszłaś? –
zapytał, stojącej w drzwiach Zosi.
– Mam swoje sposoby –
wzruszyła ramionami po czym podeszła bliżej.
Choć przeżyła wybuch w ostatniej bazie, to zostawił on na
jej ciele widoczny ślad. Kulała mocno, a i ramię nie odzyskało swojej
wcześniejszej sprawności. Scotland Yard w obliczu niepełnej sprawności
fizycznej, zdecydował się przenieść inspektorkę do działu dokumentacji. Ta
jednak nie wytrzymała zbyt długo przy papierkowej robocie i po tygodniu zrezygnowała.
– Co tu robisz? –
Antiga spojrzał pytająco na przyjaciółkę. Ta tylko uśmiechnęła się chytrze i
podała mu jakąś kartkę. Szybko przeczytał krótkie tekst, który na niej był. –
Będziesz ze mną pracować?!
– Hoag twierdzi, że
przyda ci się pomoc przy tej bandzie kanadyjskich łosi – odpowiedziała,
wzruszając ramionami.
– Myślisz, że tu też
będzie taki cyrk, jak u orzełków.
– Oczywiście,
przecież to siatkarze. A siatkówka, to trudny przypadek.
Właśnie przeczytaliście epilog.
Czuję się dziwnie.
To było moje pierwsze siatkarskie opowiadanie.
I właśnie je skończyłam.
Nadal w to nie wierzę.
Chciałabym napisać coś konstruktywnego, ale nie potrafię. Ta
historia była dla mnie cholernie ważna. Gdy zaczynałam ja pisać, myślałam, że będzie
to blog, który będzie sobie funkcjonował od tak, po prostu, nie przywiązywałam
do niego większej uwagi. Ale z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej mi na
nim zależało.
Oczywiście nie byłoby by tego bloga bez was, czytelników. Nawet
nie macie pojęcia, jak ogromną motywacje dawał mi każdy komentarz, każde
wyświetlenie. Czasami, gdy miałam ochotę rzucić to wszystko w pierony, czytałam
niektóre wpisy i od razu mi się odechciewało. Dlatego mam do was prośbę – niech
każdy kto czytał zostawi pod tym postem choć jedno słowo, tak na pożegnanie.
Jeszcze raz dziękuję!
Teraz prośba numer dwa. Na blogu Szalona Violin i świat
pojawiła się notka Noworoczna. Dotyczy ona planowanych przeze mnie opowiadań.
Przeczytajcie ją i potem zagłosujcie w ankiecie, to dla mnie naprawdę ważne.
Moja przygoda z trudnym przypadkiem oficjalnie się
skończyła. I choć prowadzę teraz kolejne historie, to ta zajmuje w moim sercu
szczególne miejsce.
Do zobaczenia pod innymi opowiadaniami
Violin
wtorek, 27 grudnia 2016
Rozdział 37
Dostała dwa pistolety, granat i
kamizelkę kuloodporną. Plan działania ułożyła zupełnie sama, a od ludzi
Scotland Yardu wymagała by przestrzegali go co do słowa.
– Powtórzę jeszcze raz – na dół
schodzę sama. Odbijam Stephana i wyprowadzam go na zewnątrz. Daję wam sygnał i
dopiero wtedy wysadzacie bazę w powietrze. Zrozumiano?
Agenci zgodnie pokiwali głowami.
Jedynie Greg nadal miał wątpliwości, co do pomysłu kobiety.
– Na pewno nie chcesz żebyśmy ci
pomogli? – zapytał, kiedy na chwile zostali sami, tuż przed wejściem do
ostatniej bazy.
– Nie, Greg – kobieta westchnęła
z irytacją. – Poradzę sobie sama, wiem co robię.
Zagryzł nerwowo wargę. „Wiem co
robię”, dokładnie takie same słowa usłyszał kilka lat wcześniej usłyszał od
Marka Krasickiego, swojego najlepszego przyjaciela i męża Zosi. Wtedy mu
zaufał.
I nigdy nie spotkał go już
żywego.
Jeszcze raz spojrzał na Zośkę.
Obiecał Markowi, że będzie jej pilnował, a teraz ma tak po prostu puścić ją na
pewną śmierć?
– Pozwól iść chociaż mnie –
poprosił łamiącym się głosem.
– Greg…
Nie mógł się powtrzymać.
Przytulił ją tak mocno, że przez kilka sekund nie bardzo miała czym oddychać. Przez
ostatnie lata stała się dla niego kimś o wile ważniejszym niż tylko żoną
zmarłego przyjaciela. A ostatnio to uczucie jeszcze bardziej się pogłębiło.
– Wróć – wychrypiał. – Proszę.
Zosia uśmiechnęła się smutno.
Odgarnął z jej czoła zabłąkany kosmyk włosów, pierwszy raz od dawna miał
wrażenie, że tonie w czyimś spojrzeniu.
Nie wiedział jak, nie wiedział
kiedy, ale zupełnie spontanicznie pocałował Polkę. Nie spodziewała się tego,
ale oddała pocałunek.
– Wrócę – szepnęła, kiedy
oderwali się od siebie. – Obiecuję – dodała jeszcze po czym odwróciła się na
pięcie i odbiegła w stronę szybu, nie oglądając się za siebie.
A Lestrade został zupełnie sam z
swoim strachem.
***
Zosia pokonywała ciemny tunel w
wręcz zabójczym tempie. Starała się nie myśleć o pocałunku Grega, skupić się
jedynie na misji. Nie było te jednak proste zadanie, bo na samo wspomnienie
tego ułamka chwili, w której byli tak blisko, robiło jej się słabo.
Potrząsnęła nerwowo głową, by
oczyścić umysł. W zasięgu wzroku zaczęło pojawiać się słabe światło, co
ułatwiło zadania. Zwolniła i zgasiła czołówkę, by nie zdradzić swojej
obecności. Przylgnęła do wilgotnej ściany, uspokoiła oddech po czym powoli
wyjrzała zza załomu korytarza.
Ostatnia baza wyglądała dokładnie
tak samo, jak poprzednie. Na samym środku, wśród rzędu biurek i wysokich
komputerów stał Orion i wklepywał coś do komputera. Obok niego na podłodze,
przykuty do metalowych rur, siedział Stephane. Kierowniczka odetchnęła z ulgą,
gdy zobaczyła, że trenerowi nic poważnego nie jest.
Jeszcze raz potoczyła wzrokiem po
pomieszczeniu, starając się obrać, jak najlepszy plan działania. Wiedziała, że
w końcu będzie musiała się ujawnić, bo dowódca Omegi na pewno zauważy
zniknięcie zakładnika. Co więc zrobić, by uwolnić Antigę…?
A może…?
Orion nie ściągnął jeszcze swoich
współpracowników, więc nikt nie widział, jak kobieta przemyka między biurkami,
prawie czołgając się po ziemi. Dotarła w ten sposób, trochę od tyłu, aż do
Stephana. Ten także jej nie widział, nie zareagował więc w sposób, który mógłby
zaalarmować złoczyńcę.
Oglądnęła ostrożnie kajdanki i z
trudem stłumiła drwiące prychnięcie. Była przekonana, że takiego przestępcę jak
Orion, stać na lepsze zabezpieczenia.
Wyjęła z włosów spinkę i
pogrzebała przez chwilę przy zamknięciu. Zamek szczęknął.
– Co to było? – Złoczyńca odwrócił
się gwałtownie. Zosia momentalnie skuliła się tak, by nie było jej widać, a
trener starał się nie dać po sobie poznać, że ma wolne ręce. Orion jeszcze
przez chwilę mierzył go wzrokiem, ale w końcu odpuścił i wrócił do
przekopiowywania danych.
Inspektorka musiała działać
szybko. Nie mogła sobie jednak pozwolić na powiedzenie choćby słowa. Delikatnie
chwyciła dłoń przyjaciela i zaczęła na niej kreślić krótką wiadomość.
„Uciekaj”, tylko tyle chciała
powiedzieć.
Stephane zrozumiał doskonale.
Wszystko rozegrało się w ułamku sekundy. W jednym momencie obydwoje poderwali
się z ziemi.
– Ręce za głowę i nie próbuj
strzelać! – Zosia wycelowała w Oriona, jednocześnie nogą popychając w kierunku
Francuza drugi pistolet. Tech chwycił go i wycofał się szybko.
– Miło widzieć, że ktoś dotrzymuje
obietnicy – Orion uśmiechnął się krzywo. – Niestety, ale za złamanie zakazu
obowiązuje kara – wciągu sekundy uniósł własną broń i wystrzelił.
Kula dosłownie o milimetr minęła
Zosię. Tym razem kobieta nawet się nie zawahała. Wywiązała się strzelanina, a
pociski latały w tę i z powrotem.
– Miałeś uciekać! – krzyknęła
zdenerwowana kobieta do Stephana, który skryta za przewróconym blatem, próbował
sam wycelować w Oriona. – Wiej, ale to już!
Antiga nie był pewny co ma robić,
wahał się, czy może zostawić przyjaciółkę samą.
Zośka była jednak pewniejsza.
Musiała zakończyć tę maskaradę. Wycelowała dwa razy. Raz w kolano, drugi raz w
klatkę piersiową. Orion nie miał nic do powiedzenia, było to tak gwałtowne, że
zdążył wydać z siebie tylko zduszony okrzyk i paść na ziemię w kałuży krwi.
Zapadła cisza. Nie wiedzieli co
mają powiedzieć. W ułamku sekundy wszystko się skończyło. Tak po prostu.
Pierwsza otrząsnęła się Zosia.
– Musimy stąd uciekać – powiedziała,
chowając broń. – Orion unieszkodliwiony – zwróciła się do niewielkiego
komunikatora, przypiętego do kamizelki. – Dajcie nam dziesięć minut na wyjście.
Potem wysadźcie to cholerstwo.
– Przyjęte – odpowiedział jej
niewyraźnie głos po drugiej stronie.
Dopiero teraz kobieta mogła odetchnąć
z ulgą. Wszystko szło z godnie z planem.
– Dobrze, że żyjesz –
powiedziała, odwracając się do Stephana.
– Ja też się cieszę – mężczyzna zdobył
się na słaby uśmiech. – Chyba musimy już iść – wskazał głową na wyjście z
tunelu, gdy Zośka nie odzywała się przez chwilę, wpatrzona w jakimś punkt za
jego plecami.
– Tak – przytaknęła szybko. –
Przepraszam, wydawało mi się, że… że kogoś widzę. Ale to tylko przemęczenie –
nerwowo przetarła oczy.
Nie mogli sobie pozwolić na
dłuższą pogawędkę. Korytarz prowadzący do wyjścia może do najdłuższych nie
należał, ale trzeba było poświęcić kilka minut na jego pokonanie.
– Czyli to koniec? – zapytał Stephane,
kiedy byli już prawie przy włazie.
– Tak, to koniec.
– Dobrze, że ten wasz Moriarty
też jednak odpuścił.
I w tym momencie Zośka nagle
zdała sobie sprawę, co jej się nie zgadzała.
– Moriarty nigdy nie odpuszcza –
powtórzyła pod nosem słowa Sherlocka. – Cholera, to był on! – przeklęła głośno.
– Stephane – zwróciła się do przyjaciela – wyjdź na zewnątrz i jak najszybciej
znajdź Grega. Powiedz mu, że Moriarty jest tu na dole. Nie wysadzajcie niczego!
– znów włączyła komunikator.
– A ty? – przerażony Antiga, nie
do końca wiedział co się dzieje.
– Poradzę sobie, znam się na tym –
powiedziała po czym odwróciła się na pięcie i odbiegła ciemnym korytarzem.
Wiedziała, że musi się pospieszyć.
Moriarty najprawdopodobniej już kopiował wszystkie dane z komputerów. Nie była pewna
co mogą zawierać, ale nie można było pozwolić by je zdobył.
Nie myliła się. James siedział za
jednym z biurek i wpatrywał się w swojego laptopa, beztrosko nucąc pod nosem
angielską przyśpiewkę.
– Czyli jednak Scotland Yard nie
zatrudnia zupełnych tłumoków – uśmiechnął się pobłażliwie na widok Zosi.
– Odsuń się od komputera –
Uniosła broń.
– Proszę… – Moriarty przewrócił oczami
– Nie jestem tym głupkiem Orionem, nie chce mi się bawić w wasze gierki – nagle
w jego ręce pojawił się pistolet. Nie wahał się nawet sekundy. Kula trafiła
prosto w kolano inspektorki.
Zosia jęknęła i opadła na ziemie.
Czuła, jak niewyobrażalny ból rozchodzi się po całym jej ciele, w oczach
pojawiły się łzy. Zdoła jednak podnieść swoją broń i wystrzelić nie trafiła
jednak.
– Przecież mówiłem, ze nie lubię
waszej zabawy – pokręcił głową z dezaprobatą po czym wycelował jeszcze. Tym
razem w lewe ramię.
Kobie poczuła, jak zaczyna jej się
kręcić w głowie. Wiedziała, że sama nie jest w stanie powstrzymać. Musiała
jednak powstrzymać Moriartiego.
Z trudem sięgnęła do
komunikatora. To było jedyne wyjście.
– Jestem na zewnątrz – skłamała
słabym głosem. – Wysadźcie to cholerstwo w powietrze – wychrypiała.
A potem rozległ się przerażający huk
i wszystko zaczęło się walić.
Pozdrawiam.
Violin
Subskrybuj:
Posty (Atom)