Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 czerwca 2017

Nowy blog, nowa historia, nowa tajemnica

Od opublikowania pierwszego rozdziału na tym blogu minął już ponad rok. Przez ten czas zdążyłam otworzyć jeszcze pięć historii, trzy z nich już zakończyłam. Teraz zapraszam was na szóstą, w której znów wracam do starej dobrej akcji, sensacji, bez wątku miłosnego, ale za to z odrobiną magii. 
Polubiłaś/eś wygłupy siatkarzy, ich nieogarniętość i talent do pakowania się w kłopoty? A może podobała ci się wartka akcja, tajemniczy przeciwnik i walka ze złem? Chcesz dowiedzieć się, kto czuwa nad tym, by sportowcy się przez przypadek nie pozabijali?
Jeśli tak, to zapraszam na moje nowe opowiadanie "Morderczy set". 

W momencie, gdy podpisujesz pierwszy kontrakt i zostajesz trenerem reprezentacji, stajesz się członkiem wyjątkowej grupy osób. Każdy trener ma swoje tajemnice. Ale łączy ich jedna.
Co skrywają podziemia Rzymu? Dlaczego ktoś porwał trzech siatkarskich trenerów? I co ma z tym wspólnego duch Huberta Jerzego Wagnera?

Serdecznie zapraszam!
Violin

piątek, 6 stycznia 2017

Epilog

Ziemia zapadła się z głośnym hukiem. Greg patrzył jednak nie na osuwisko, a na drogę zanim, gdzie już powinna pojawić się Zosia. Stojący obok Stephane też zaczął się denerwować. Do ludzi Scotland Yardu dołączył dosłownie kilka minut wcześniej ale doskonale słyszał zapewnienie Polki, że już jest bezpiecznie na zewnątrz.
 – Zośka, gdzie jesteś? – zdenerwowany Lestrade uruchomił komunikator.
Opowiedziała mu głucha cisza.
 – Zosia?
Ziemia przestała się trząść, a za budynkami wioski widniało teraz bardzo malownicze gruzowisko. Ogromna dziura miała dobre pięćset metrów długości, a spod sterty ziemi wystawała masa kabli i części jakiś urządzeń. Jednak inspektorki nadal nigdzie nie było.
Pierwszy sytuacje zrozumiał Sherlock. Jak szalony rzucił się w kierunku rozłamu. Zsunął się po prawie siedmiometrowej skarbie po czym zaczął rozgarniać kamienie. Dopiero wtedy otrząsnęła się reszta. Mózg Grega zaczął wszystko analizować, powoli rozumiał co się stało.  I z każdą kolejna sekundą ogarniało go coraz większe przerażenie.
 – Oszukała nas! – wychrypiał słabo, zsuwając się do dziury. – Nie uciekła!
 – Nadal tu jest – warknął Sherlock, nie przerywając poszukiwań. – Nie stójcie tak, musimy ją znaleźć!
Wszyscy rzucili się do szukania. Szukali ludzie Scotland Yardu, szukali polscy siatkarze, szukali nawet inni sportowcy, którzy akurat znaleźli się w pobliżu, a nie zdążyli wcześniej zostać ewakuowani. Ktoś zaalarmował ratowników, ktoś inny strażaków, pojawił się helikopter medyczny.
Zosię w końcu znalazł Stephane, a dokładniej zauważył jej dłoń, wystającą spod gruzów.
 – Nie, nie, nie – udało mu się w końcu wyciągnąć kobietę. Widząc w jakim jest stanie, opadł bezsilnie na kolana, nie był wstanie opanować łez. – Moja Zosia, moja mała siostrzyczka…  – łkał z głową inspektorki opartą na kolanach. Jego palce kleiły się od jej krwi, nie mógł patrzeć na jej przeraźliwie białą twarz. Nie czuł żeby oddychała, nie czuł jej pulsu. Jedynie miał wrażenie, że cały świat wokół się wali.
Obiecał, że będzie ją chronił.
Zawiódł.
Nawet nie zauważył, jak został odciągnięty od Polki, bo przejęli ją ratownicy. Ktoś objął go ramieniem, próbował uspokoić. Antiga nie był jednak wstanie zahamować rozpaczy, która ogarniała całe jego ciało.
Dopiero dwa słowa trochę mu pomogły.
 – Jest puls – tyle usłyszał ze słów ratowników. Reszty mógł się domyślić.
Jest puls, Zosia żyje, będzie dobrze.
Będzie dobrze.
***
kilka miesięcy później, Ottawa
Stephane stał przed lustrem i niepewnie przyglądał się swojemu odbiciu. Granatowa bluza z czerwonym liściem klonowym leżała na nim bardzo dobre, ale czuł się w niej jakoś nieswojo. Jakby nie należała do niego.
Dosłownie kilka godzin wcześniej podpisał kontrakt z kanadyjską federacją. Rozpoczynał zupełnie nową przygodę, której już nie mógł się doczekać, ale jednocześnie pożegnanie z reprezentacją Polski nadal go bolało, nadal myślał o nich, jak o swojej rodzinie.
 – Do twarzy ci w granacie.
Odwrócił się gwałtownie, słysząc tak dobrze znany głos.
 – Jak tu weszłaś? – zapytał, stojącej w drzwiach Zosi.
 – Mam swoje sposoby – wzruszyła ramionami po czym podeszła bliżej.
Choć przeżyła wybuch w ostatniej bazie, to zostawił on na jej ciele widoczny ślad. Kulała mocno, a i ramię nie odzyskało swojej wcześniejszej sprawności. Scotland Yard w obliczu niepełnej sprawności fizycznej, zdecydował się przenieść inspektorkę do działu dokumentacji. Ta jednak nie wytrzymała zbyt długo przy papierkowej robocie i po tygodniu zrezygnowała.
 – Co tu robisz? – Antiga spojrzał pytająco na przyjaciółkę. Ta tylko uśmiechnęła się chytrze i podała mu jakąś kartkę. Szybko przeczytał krótkie tekst, który na niej był. – Będziesz ze mną pracować?!
 – Hoag twierdzi, że przyda ci się pomoc przy tej bandzie kanadyjskich łosi – odpowiedziała, wzruszając ramionami.
 – Myślisz, że tu też będzie taki cyrk, jak u orzełków.
 – Oczywiście, przecież to siatkarze. A siatkówka, to trudny przypadek.


Właśnie przeczytaliście epilog.
Czuję się dziwnie.
To było moje pierwsze siatkarskie opowiadanie.
I właśnie je skończyłam.
Nadal w to nie wierzę.
Chciałabym napisać coś konstruktywnego, ale nie potrafię. Ta historia była dla mnie cholernie ważna. Gdy zaczynałam ja pisać, myślałam, że będzie to blog, który będzie sobie funkcjonował od tak, po prostu, nie przywiązywałam do niego większej uwagi. Ale z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej mi na nim zależało.

Oczywiście nie byłoby by tego bloga bez was, czytelników. Nawet nie macie pojęcia, jak ogromną motywacje dawał mi każdy komentarz, każde wyświetlenie. Czasami, gdy miałam ochotę rzucić to wszystko w pierony, czytałam niektóre wpisy i od razu mi się odechciewało. Dlatego mam do was prośbę – niech każdy kto czytał zostawi pod tym postem choć jedno słowo, tak na pożegnanie.

Jeszcze raz dziękuję!

Teraz prośba numer dwa. Na blogu Szalona Violin i świat pojawiła się notka Noworoczna. Dotyczy ona planowanych przeze mnie opowiadań. Przeczytajcie ją i potem zagłosujcie w ankiecie, to dla mnie naprawdę ważne.

Moja przygoda z trudnym przypadkiem oficjalnie się skończyła. I choć prowadzę teraz kolejne historie, to ta zajmuje w moim sercu szczególne miejsce.

Do zobaczenia pod innymi opowiadaniami
Violin

wtorek, 27 grudnia 2016

Rozdział 37

Dostała dwa pistolety, granat i kamizelkę kuloodporną. Plan działania ułożyła zupełnie sama, a od ludzi Scotland Yardu wymagała by przestrzegali go co do słowa.

– Powtórzę jeszcze raz – na dół schodzę sama. Odbijam Stephana i wyprowadzam go na zewnątrz. Daję wam sygnał i dopiero wtedy wysadzacie bazę w powietrze. Zrozumiano?

Agenci zgodnie pokiwali głowami. Jedynie Greg nadal miał wątpliwości, co do pomysłu kobiety.

– Na pewno nie chcesz żebyśmy ci pomogli? – zapytał, kiedy na chwile zostali sami, tuż przed wejściem do ostatniej bazy.

– Nie, Greg – kobieta westchnęła z irytacją. – Poradzę sobie sama, wiem co robię.

Zagryzł nerwowo wargę. „Wiem co robię”, dokładnie takie same słowa usłyszał kilka lat wcześniej usłyszał od Marka Krasickiego, swojego najlepszego przyjaciela i męża Zosi. Wtedy mu zaufał.

I nigdy nie spotkał go już żywego.

Jeszcze raz spojrzał na Zośkę. Obiecał Markowi, że będzie jej pilnował, a teraz ma tak po prostu puścić ją na pewną śmierć?

– Pozwól iść chociaż mnie – poprosił łamiącym się głosem.

– Greg…

Nie mógł się powtrzymać. Przytulił ją tak mocno, że przez kilka sekund nie bardzo miała czym oddychać. Przez ostatnie lata stała się dla niego kimś o wile ważniejszym niż tylko żoną zmarłego przyjaciela. A ostatnio to uczucie jeszcze bardziej się pogłębiło.

– Wróć – wychrypiał. – Proszę.

Zosia uśmiechnęła się smutno. Odgarnął z jej czoła zabłąkany kosmyk włosów, pierwszy raz od dawna miał wrażenie, że tonie w czyimś spojrzeniu.

Nie wiedział jak, nie wiedział kiedy, ale zupełnie spontanicznie pocałował Polkę. Nie spodziewała się tego, ale oddała pocałunek.

– Wrócę – szepnęła, kiedy oderwali się od siebie. – Obiecuję – dodała jeszcze po czym odwróciła się na pięcie i odbiegła w stronę szybu, nie oglądając się za siebie.

A Lestrade został zupełnie sam z swoim strachem.

***

Zosia pokonywała ciemny tunel w wręcz zabójczym tempie. Starała się nie myśleć o pocałunku Grega, skupić się jedynie na misji. Nie było te jednak proste zadanie, bo na samo wspomnienie tego ułamka chwili, w której byli tak blisko, robiło jej się słabo.

Potrząsnęła nerwowo głową, by oczyścić umysł. W zasięgu wzroku zaczęło pojawiać się słabe światło, co ułatwiło zadania. Zwolniła i zgasiła czołówkę, by nie zdradzić swojej obecności. Przylgnęła do wilgotnej ściany, uspokoiła oddech po czym powoli wyjrzała zza załomu korytarza.

Ostatnia baza wyglądała dokładnie tak samo, jak poprzednie. Na samym środku, wśród rzędu biurek i wysokich komputerów stał Orion i wklepywał coś do komputera. Obok niego na podłodze, przykuty do metalowych rur, siedział Stephane. Kierowniczka odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła, że trenerowi nic poważnego nie jest.

Jeszcze raz potoczyła wzrokiem po pomieszczeniu, starając się obrać, jak najlepszy plan działania. Wiedziała, że w końcu będzie musiała się ujawnić, bo dowódca Omegi na pewno zauważy zniknięcie zakładnika. Co więc zrobić, by uwolnić Antigę…?

A może…?

Orion nie ściągnął jeszcze swoich współpracowników, więc nikt nie widział, jak kobieta przemyka między biurkami, prawie czołgając się po ziemi. Dotarła w ten sposób, trochę od tyłu, aż do Stephana. Ten także jej nie widział, nie zareagował więc w sposób, który mógłby zaalarmować złoczyńcę.

Oglądnęła ostrożnie kajdanki i z trudem stłumiła drwiące prychnięcie. Była przekonana, że takiego przestępcę jak Orion, stać na lepsze zabezpieczenia.

Wyjęła z włosów spinkę i pogrzebała przez chwilę przy zamknięciu. Zamek szczęknął.

– Co to było? – Złoczyńca odwrócił się gwałtownie. Zosia momentalnie skuliła się tak, by nie było jej widać, a trener starał się nie dać po sobie poznać, że ma wolne ręce. Orion jeszcze przez chwilę mierzył go wzrokiem, ale w końcu odpuścił i wrócił do przekopiowywania danych.

Inspektorka musiała działać szybko. Nie mogła sobie jednak pozwolić na powiedzenie choćby słowa. Delikatnie chwyciła dłoń przyjaciela i zaczęła na niej kreślić krótką wiadomość.

„Uciekaj”, tylko tyle chciała powiedzieć.

Stephane zrozumiał doskonale. Wszystko rozegrało się w ułamku sekundy. W jednym momencie obydwoje poderwali się z ziemi.

– Ręce za głowę i nie próbuj strzelać! – Zosia wycelowała w Oriona, jednocześnie nogą popychając w kierunku Francuza drugi pistolet. Tech chwycił go i wycofał się szybko.

– Miło widzieć, że ktoś dotrzymuje obietnicy – Orion uśmiechnął się krzywo. – Niestety, ale za złamanie zakazu obowiązuje kara – wciągu sekundy uniósł własną broń i wystrzelił.

Kula dosłownie o milimetr minęła Zosię. Tym razem kobieta nawet się nie zawahała. Wywiązała się strzelanina, a pociski latały w tę i z powrotem.

– Miałeś uciekać! – krzyknęła zdenerwowana kobieta do Stephana, który skryta za przewróconym blatem, próbował sam wycelować w Oriona. – Wiej, ale to już!

Antiga nie był pewny co ma robić, wahał się, czy może zostawić przyjaciółkę samą.

Zośka była jednak pewniejsza. Musiała zakończyć tę maskaradę. Wycelowała dwa razy. Raz w kolano, drugi raz w klatkę piersiową. Orion nie miał nic do powiedzenia, było to tak gwałtowne, że zdążył wydać z siebie tylko zduszony okrzyk i paść na ziemię w kałuży krwi.

Zapadła cisza. Nie wiedzieli co mają powiedzieć. W ułamku sekundy wszystko się skończyło. Tak po prostu.

Pierwsza otrząsnęła się Zosia.

– Musimy stąd uciekać – powiedziała, chowając broń. – Orion unieszkodliwiony – zwróciła się do niewielkiego komunikatora, przypiętego do kamizelki. – Dajcie nam dziesięć minut na wyjście. Potem wysadźcie to cholerstwo.

– Przyjęte – odpowiedział jej niewyraźnie głos po drugiej stronie.

Dopiero teraz kobieta mogła odetchnąć z ulgą. Wszystko szło z godnie z planem.

– Dobrze, że żyjesz – powiedziała, odwracając się do Stephana.

– Ja też się cieszę – mężczyzna zdobył się na słaby uśmiech. – Chyba musimy już iść – wskazał głową na wyjście z tunelu, gdy Zośka nie odzywała się przez chwilę, wpatrzona w jakimś punkt za jego plecami.

– Tak – przytaknęła szybko. – Przepraszam, wydawało mi się, że… że kogoś widzę. Ale to tylko przemęczenie – nerwowo przetarła oczy.

Nie mogli sobie pozwolić na dłuższą pogawędkę. Korytarz prowadzący do wyjścia może do najdłuższych nie należał, ale trzeba było poświęcić kilka minut na jego pokonanie.

– Czyli to koniec? – zapytał Stephane, kiedy byli już prawie przy włazie.

– Tak, to koniec.

– Dobrze, że ten wasz Moriarty też jednak odpuścił.

I w tym momencie Zośka nagle zdała sobie sprawę, co jej się nie zgadzała.

– Moriarty nigdy nie odpuszcza – powtórzyła pod nosem słowa Sherlocka. – Cholera, to był on! – przeklęła głośno. – Stephane – zwróciła się do przyjaciela – wyjdź na zewnątrz i jak najszybciej znajdź Grega. Powiedz mu, że Moriarty jest tu na dole. Nie wysadzajcie niczego! – znów włączyła komunikator.

– A ty? – przerażony Antiga, nie do końca wiedział co się dzieje.

– Poradzę sobie, znam się na tym – powiedziała po czym odwróciła się na pięcie i odbiegła ciemnym korytarzem.

Wiedziała, że musi się pospieszyć. Moriarty najprawdopodobniej już kopiował wszystkie dane z komputerów. Nie była pewna co mogą zawierać, ale nie można było pozwolić by je zdobył.

Nie myliła się. James siedział za jednym z biurek i wpatrywał się w swojego laptopa, beztrosko nucąc pod nosem angielską przyśpiewkę.

– Czyli jednak Scotland Yard nie zatrudnia zupełnych tłumoków – uśmiechnął się pobłażliwie na widok Zosi.

– Odsuń się od komputera – Uniosła broń.

– Proszę… – Moriarty przewrócił oczami – Nie jestem tym głupkiem Orionem, nie chce mi się bawić w wasze gierki – nagle w jego ręce pojawił się pistolet. Nie wahał się nawet sekundy. Kula trafiła prosto w kolano inspektorki.

Zosia jęknęła i opadła na ziemie. Czuła, jak niewyobrażalny ból rozchodzi się po całym jej ciele, w oczach pojawiły się łzy. Zdoła jednak podnieść swoją broń i wystrzelić nie trafiła jednak.

– Przecież mówiłem, ze nie lubię waszej zabawy – pokręcił głową z dezaprobatą po czym wycelował jeszcze. Tym razem w lewe ramię.

Kobie poczuła, jak zaczyna jej się kręcić w głowie. Wiedziała, że sama nie jest w stanie powstrzymać. Musiała jednak powstrzymać Moriartiego.

Z trudem sięgnęła do komunikatora. To było jedyne wyjście.

– Jestem na zewnątrz – skłamała słabym głosem. – Wysadźcie to cholerstwo w powietrze – wychrypiała.

A potem rozległ się przerażający huk i wszystko zaczęło się walić.



Przedstawiam wam ostatni rozdział tej historii. Został jeszcze epilog, który pojawi się za jakiś ( mam nadzieję niedługi) czas. Z tej części jestem nawet zadowolona, szczególnie z końcówki. Mam nadzieję, że wam też się spodobał i wyrazicie swoją opinię w komentarzach.
Pozdrawiam.
Violin

niedziela, 27 listopada 2016

Rozdział 35

– Moriarty wie o wiosce?

Siedzieli w trójkę, w pokoju Zosi, omawiając strategię. Fabian nadal był nieprzytomny, ale Sherlock twierdził, że nic mu nie będzie bo, jak mówił, „nie uderzył zbyt mocno”.

– Na pewno – prychnął Holmes. – Moriarty to geniusz. On widzi nas cały czas, ale my jego nie.

– Więc co mamy robić? – zapytał Lestrade.

– Czekać – odpowiedział spokojnie detektyw. – Szukajmy bazy. Nie pozwólmy, by znalazła ją Omega. Potem zajmiemy się resztą.

Greg powoli pokiwał głową, choć nie był do końca przekonany co do słów towarzysza.

  Macie jakieś podejrzenia, co do tego, gdzie może być wejście do bazy? – Zosia nerwowo stukała palcami o blat biurka.

– Owszem – przytaknął Sherlock. – Od razu wykluczyliśmy wszelkie budynki. Wioska powstała po upadku programu, bloki zbudowano stosunkowo niedawno i to na zupełnie niezabudowanym terenie. Trzeba poszukać…

– Jakiś przejść w ziemi – od razu zgadła kobieta.

– Musiałaś mi przerwać? – prychnął z irytacją Holmes.

– Przepraszam. Kontynuuj swoje nad wyraz niezwykłe wywody – przewróciła oczami.

– Tak, jak mówiłem, za nim mi okrutnie przerwano – prawie zabił Polkę wzrokiem. – Wejście, to najprawdopodobniej jakiś szyb, ale zakamuflowana winda. Trzeba dokładnie zbadać nawierzchnie całego kompleksu.

– Przydałby się jaki rentgen, albo coś podobnego – westchnął Lestrade. – Niestety, rząd tnie koszty, a to super zaawansowana technologia. Nie ma szans żebyśmy coś takiego wybębnili.

– Może nie będzie trzeba – Zosia uśmiechnęła się chytrze.

– Niby dlaczego?

– Wierz mi – mamy tu speców od wpadania w różne dziury i pułapki.

***

– Bartek, ja rozumiem, że masz problem z snem, ale to nie oznacza, że musisz budzić wszystkich wokół – zaspany Piotrek podrapał się po głowie.

– Przepraszam, Piter, ale potrzebuje towarzystwa na moim nocnym spacerze – Kurek uśmiechnął się przepraszająco.

– A gdzie ty zamierzasz spacerować? – prychnął środkowy. – Po nutellę się do stołówki wybierasz?

Atakujący nic ni odpowiedział, ale jego mina mówiła wszystko.

Piotrek westchnął głęboko. Z jednej strony marzył mu się powrót do cieplutkiego, przytulnego łóżeczka, ale z drugiej… Bartek był jego przyjacielem i powinien pomóc mu w spełnieniu marzenia.

Poszli więc we dwóch. Niczym Batman i Robin, Pinkie i Mózg, Asterix i Obelix, towarzysze na dobre i na złe, przemykali między budynkami wioski, by nielegalnie zdobyć ambrozję, pokarm bogów.

Powoli wkroczyli do słabo oświetlonej stołówki. Doskonale wiedzieli, gdzie jest nutella. Za jednym z blatów, w przeszklonej szafce, stały rządkiem szklane słoiki. Podeszli do nich ostrożnie, stąpając na placach i nisko pochylając głowę. Stosują starożytne techniki otwierania schowków, włamali się do szafki.  A gdy otworzyli ją na oścież, niebiańskie światło zalało nutelle i rozległy się chóry anielskie.

– Czyż nie jest piękna? – Bartek z błogością wpatrywał się w zdobycz.

– Ta, jasne – Piotrek przewrócił oczami. – Czy możemy już iść?

Kurek spojrzał na niego najbardziej tępym wzrokiem, na jaki było go stać. Dokładnie dwadzieścia trzy sekundy zajęło mu ogarnięcie, czego chce środkowy.

– Oh, tak, oczywiście – zażarcie pokiwał głową po czym chwycił jeden słoik i dumnym krokiem wymaszerował ze stołówki. Piotrek pognał za nim.

– Nutella, moja nutella, moje skarbeńko najukochańsze – Bartek szedł, tulą do siebie krem i cały czas szepcząc do niego, jak do małego dziecka. Piter wlókł się za nim nic nie mówiąc, ale za to poważnie zastanawiając się, czy jeszcze zdąży zmienić zawód.

Tak się zamyślił, że nie zauważył, że Kurek przystanął by zawiązać sobie buta. Nowakowski wpadł na niego, przy okazji przewracając nutelle. Słoik z melodyjny szczękotem potoczył się bo betonie i zatrzymał się dopiero na czymś, co wyglądało, jak całkiem spora, drewniana pokrywa od studzienki.

– No i co zrobiłeś?! – fuknął Bartuś. – Uciekła ode mnie! – dodał płaczliwie.

Piotrek znów przewrócił oczami. Zdecydowanie tej nocy naciągnął sobie mięśnie gałki ocznej.

– Nic jej się nie stał – westchnął, podchodząc do opakowania. – Zobacz – wziął go do ręki – jest cały i zdrowy.

I w tym momencie pożałował swoich słów, bo momentalnie przypomniała sobie o nim siła ciężkości. Studzienka załamała się pod nim z cichym trzaskiem, a on wpadł do środka, szaleńczo wymachując przy tym rękami.

Przynajmniej nie było głęboko.

– Piter, żyjesz!

Podniósł głowę i zobaczył Bartka, który pochylał się nad otworem z wyjątkowo przerażoną miną.

– Na twoje nieszczęście owszem – odpowiedział zirytowany.

– Spokojnie, zaraz cię wyciągnę, tylko znajdę jakąś linę czy coś! – odkrzyknął atakujący po czym zniknął w ciemności.

Piotrek westchnął głęboko. Doskonale znał stopień rozgarnięcia Kurka i wiedział, że spędzi w tej dziurze jeszcze długie minuty.

Postanowił wykorzystać ten czas, by trochę się rozejrzeć. Okazało się bowiem, że nie trafił do jakiejś tam dziury. W jednej z ścian wykuty został wąski, niezbyt wysoki korytarz, prowadzący w nieznane. Środkowy był osobnikiem ciekawskim, więc schylił głowę i wszedł do niego powoli. Macając wilgotną ścianę, przeszedł po omacku dobre pięćdziesiąt metrów za nim doszedł do czegoś co mogło być pomieszczeniem.

Nadal było ciemno, nie był wstanie powiedzieć, gdzie jest, ale czuł, że znalazł się w naprawdę sporej grocie. Zaczął badać ściany wokół, aż w końcu, ku własnemu zdziwieniu, trafił na włącznik światła. Nacisnął go podekscytowany.

Pod sufitem zapaliły się znajome jarzeniówki, oświetlając jeszcze bardziej znajome urządzenia. Piotrek, jak głupi wpatrywał się w ogromne instalacje, które łudząco przypominały te w Spale i Tokio.

Dobrych kilka chwil zajęło mu zrozumienie co widzi. Gdy w końcu to do niego dotarło, odwrócił się na pięcie i szaleńczym pędem, pokonał drogę do znajomej studzienki. Był tam akurat w momencie, w którym wrócił też Kurek.

– Mam linę! – krzyknął rozradowany, zrzucając kumplowi mocny sznur.  Ten chwycił go, obwiązał się ciasno, poprosił opatrzność o opiekę po czym pociągnął za niego, by przekazać koledze, że jest gotowy. Zaczął powoli wspinać się po ścianie, jednocześnie, będąc wciągany przez Bartka i jeszcze kogoś.

Tym kimś byli Dawid i Karol. Jak się okazało, Kuraś zrobił taką aferę, że obudził pół budynku, nie tylko polskich siatkarzy, ale też ręcznych, wioślarzy i nawet oberwał poduszką od dwóch lekkoatletek. Na szczęście jednak wokół studzienki zebrała się tylko siatkarska ekipa. Piotrek nie był gotowy na morderczy wzrok Tałanta Dujszebajewa.

– Piotrek!

Gdy tylko stanął na powierzchni, na szyję rzucił mu się Bartek.

– Już się bałem, że utkniesz tam na zawsze.

– Jak widać nie zostałem – prychnął Nowakowski. Odszukał wzrokiem Zosię. Wiedział, że koniecznie musi powiedzieć jej o tym co znalazł.

Kobieta stałą w pewnej odległości od zbiegowiska. Widać było, że jest zmęczona, choć nadal miała na sobie „robocze” ubrania, co oznaczało, że pracowała, choć był środek nocy.

– Zosia… – podszedł do niej ostrożnie.

– Tak? –Uniosła głowę i spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.

– Bo tam na dole ja… ja znalazłem coś...

– Co takiego?

– Ostatnią bazę.



Prezentuję kolejny rozdział. Nie napiszę o nim za wiele, bo jest już późno, a mnie chce się spać.
Proszę, zostawcie komentarz.
Pozdrawiam
Violin

piątek, 21 października 2016

Rozdział 33

Greg wpadł do Francji zupełnie bez zapowiedzi. Tak naprawdę, to sam nie do końca wiedział po co jedzie, czuł po prostu wewnętrzną potrzebę zobaczenia się z Zosią. Wymówił się tym, że chce sprawdzić, czy odtrutka na pewno zniwelowała truciznę w organizmie Stephana po czym, ku zdziwieniu i irytacji Sherlocka, poleciał do kraju bagietek.

Do Paryża przybył niespodziewanie, ale Zośka nie miała nic przeciwko jego wizycie. Przeciwnie wręcz – zaproponowała, że oprowadzi go po mieście, w ten sposób wymigując się od spędzenia dłuższego czasu z Stephanem i jego rodziną.

– Dlaczego tak bardzo zależało ci na tym żeby ze mną iść? – zapytał Lestrade, kiedy szli ulicami miasta.

– To skomplikowane – westchnęła kobieta, chowając dłonie do kieszeni.

– Bardzo?

– Trochę. To nie tak, że ja ich nie lubię – zaczęła powoli. – Wręcz przeciwnie – uwielbiam dzieciaki, Stephana kocham jak brata, a Stephanie jest dla mnie jak siostra, tylko że…

– Tylko, że co?

– Tylko, że czasami czuję się, jak piąte koło u wozu.

Greg spojrzał na nią zdziwiony.

– Dlaczego? – dopytał.

Dopiero teraz zauważył jak Zosia wygląda. Podkrążone, zmęczone oczy, ziemista cera i niedbale związane w kucyk włosy, nie pasowały do obrazu pani inspektor, który zapamiętał. Zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo ostatnie wydarzenia zmęczył kobietę, jak bardzo ją wyniszczyły.

Dziwne było jednak z jaką siłą uderzył w niego ten fakt.

– Nie odpowiadaj – powiedział, zanim jego przyjaciółka zdążyła cokolwiek powiedzieć. – Byłaś ostatnio w teatrze? – zapytał, chcąc zmienić temat. Wiedział doskonale, że Zosia raczej niechętnie mówi o swoich uczuciach. 

– Proszę?

– Pytam, czy byłaś ostatnio w teatrze? Bo skoro już tak zupełnie normalnie rozmawiamy, o zupełnie normalnych rzeczach, nie związanych z morderstwami, gangami i bronią masowego rażenia, to może zrobiliśmy coś normalnego? – uśmiechnął się niepewnie.

– To nie jest wcale takie głupie – powoli powiedziała Zosia. – Wiesz co, Greg – z chęcią wybiorę się do teatru. I przez chwilę zapomnę o tej całej aferze, w którą się wplątaliśmy.

– I o to mi właśnie chodziło.

***

– Wiesz o co chodzi?

– Wiem tyle, ile powiedziała mi Omega.

Greg Lestrade oparł się o biurko i zmarszczył brwi. Siedzący przed nim Pierre Blain z zdenerwowaniem przełknął ślinę.

– A mówi ci coś nazwisko Moriarty?

Chłopak pokręcił głową. Nigdy nawet nie słyszał o kimś takim.

– To na nic – prychnął z irytacją Sherlock. – On nic nie wie. To bez sensu – opadł na krzesło, złożył dłonie i zaczął myśleć. – Nic nie mów – nakazał, wskazując na Blaina.

– Przecież się nie odzywam – oburzył się informatyk.

– Ale myśli, to wystarczy – warknął. – To nie ma sensu – wstał gwałtownie po czym zaczął krążyć po nie dużym gabinecie – Dlaczego Omega nie ściga Moriartiego? Dlaczego nie próbują go zniszczyć!

– Może współpracują ze sobą – zaproponował bez większego przekonania Greg.

– Orion jest na to za głupi.

– Albo po prostu o sobie nie wiedzą – młody informatyk wzruszył ramionami.

– Co powiedziałeś? – Holmes odwrócił się na pięcie.

– No, że może po prostu Omega nic nie wie o tym waszym Mordardym.

– Moriartim – poprawił go odruchowo Lestrade.

– Jedna i ta sama mortadela, co za różnica – Pierre przewrócił oczami.

Greg prychnął śmiechem, a Sherlock tylko zmarszczył brwi.

Nie rozumiał poczucia humoru zwykłych ludzi.

– Czy to może być aż tak proste… – znów zaczął mówić do siebie detektyw. – Ze strony Omegi owszem. To idioci, ale z cholernym fartem. Ale James… No tak, przecież to oczywiste! – Roześmiał się z triumfem.

– Ale co jest takie oczywiste? – zapytał głupio Greg.

– Właśnie jesteśmy okrutnie wykorzystywani – odpowiedział z dziwnym triumfem w głosie drugi mężczyzna. – I co jest najlepsze – nic z tym nie zrobimy.

***

Kolejne kilkanaście dni upłynęło na nerwowym oczekiwaniu. Z pozoru panował spokój. Stephane wrócił do zdrowia, siatkarze wzięli udział w Final Six, została wybrana szczęśliwa dwunastka, lecąca do Rio, a przez cały czas towarzyszyła im Zosia, jednocześnie monitorująca działania grupy Scotland Yardu w Brazylii. An Moriarty, ani Omega, nie dawali znaku życia. Było spokojnie, wręcz za spokojnie i wszyscy czuli, że to tylko cisza przed burzą.

Pierwsze oznaki, że dzieje się coś dziwnego, zauważył Bieniu. Stał sobie spokojnie w hali warszawskiego lotniska, razem z innymi oczekując na lot do Rio, kiedy nagle wpadł na niego Fabian. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że rozgrywający spojrzał na kolegę spode łba, a jego oczy błysnęły czerwonym światłem.

– F… Fabio… – Przerażony Mati cofnął się kilka kroków. – Wszystko okej?

Chłopak nic nie odpowiedział. Zamiast tego warknął tylko agresywnie po czym wyminął środkowego, niby przez przypadek trącając go ramieniem.

To było dziwne. Nawet bardzo dziwne. Mateusz wiedział, że Drzyzga ma charakter niekoniecznie pasujący do zbawiciela wszechświata, ale nigdy nie widział żeby zachowywał się w ten sposób.

– Bartek, ty też to widziałeś? – zapytał, stojącego obok Kurka.

– Ale, że niby co? – zdezorientowany Kuraś oderwał wzrok od ekranu telefonu.

– Nieważne – odburknął Bieniu. Nie chciało mu się tłumaczyć, szczególnie, że w tym momencie usłyszeli wezwanie do samolotu.

Przez całą podróż nie wspomniał już o tym dziwnym incydencie. Tak naprawdę, to zapomniał o wszystkim, zrzucając dziwne zachowanie Fabiana na zwykłe przemęczenie.

Nie wiedział, że to był dopiero początek.

***
– Są wszyscy?

Zosia potoczyła wzrokiem po zebranych w autokarze członkach reprezentacji. Odpowiedziały jej ciche pomruki i jakieś jedno niechętne „tak”. Wszyscy byli wymęczeni po długiej podróży,, nikt nie miał ochoty na dłuższą integracje.

Szczególnie, że ta wycieczka była szczególnie męcząca. Najpierw prawie spóźnili się na przesiadkę w Paryżu, potem Kurek i Kubiak prawie wsiedli do samolotu, lecącego do Sydney, a na końcu prawie zostali zatrzymani za „opóźnianie lotu i wywoływanie bezpodstawnej paniki”, bo Piter ubzdurał sobie, że na pokładzie są myszy. A okazało się, że to tylko Zati robi sobie z niego głupie żarty, bo mu się nudzi.

– Mogliby być tacy spokojni częściej – westchnęła, opadając na fotel obok Stephana.

– Po pierwsze, to nie możliwe, a po drugie, to zanudzilibyśmy się na śmierć – zaśmiał się trener.

– Może masz rację.

W tym momencie cisza została przerwana przez czyjś zdenerwowany krzyk.

– Proszę, pani! Proszę, pani!

– No i skończył się święty spokój – Zosia przewróciła oczami, ale podniosła się zdenerwowana. – Co się stało?

– Matich zostawiliśmy!

– Ale jakich Matich?

– Mikiego i Bienia! Zapomnieliśmy o nich!

– Cholera – przełknęła kierowniczka. – Panie kierowco, proszę się cofnąć.

Siatkarze mieli racje. Przed terminalem stali ich koledzy – spokojny Bieniu z telefonem przy uchu i trochę bardziej przestraszony Mika, wyglądający jak klasyczna, disnejowska, rozhisteryzowana Myszka Miki.

– Wróciliście po nas! – odetchnął z ulgą przyjmujący.

– Musieliśmy – odburknęła Zośka. – A teraz do autokaru i nie gadać! Im szybciej dojedziemy na miejsce tym mniejsze prawdopodobieństwo, że jeszcze coś zepsujecie.

Powyższy rozdział jest jednym z tych nijakich rozdziałów, o których nic nie jestem wstanie powiedzieć. Po prostu jest.
To tyle na dzisiaj.
Zapraszam na rozdział szesnasty na "Without you..."
Pozdrawiam
Violin

piątek, 7 października 2016

Rozdział 32

Za każdym razem, gdy Zosia spoglądała na Stephana, coś w jej sercu pękało. Stała na szpitalnym korytarzu i przez przeźroczystą szybę, patrzyła na mężczyznę, który blady jak ściana, leżał na szpitalnym łóżku, podłączony do różnych urządzeń.

– Jest źle? – zapytała, przygryzając wargę.

Stojący obok Sokal wzruszył ramionami.

– Trudno powiedzieć – westchnął. – jego stan jest ciężki, ale stabilny. Tak naprawdę wszystko zależy od następnych kilku dni – dodał. – Tak naprawdę, to tyle wiem od tych lekarzy, zbyt chętni do dzielenia się informacjami, to oni nie są.

Zosia przymknęła oczy i objęła się ramionami. Te kilka minut, kiedy była przekonana, że jej przyjaciel nie żyje, były najgorszym co przeżyła kiedykolwiek. Ostatni oddech Antigi brzmiał, jak wyrok śmierci, widok jego sinych ust powracał do niej, niczym koszmar. Nie mogła uwierzyć, że zaledwie sekundy dzieliły ją od tego by stracić jedynego przyjaciela, najważniejsza osobę, jaką miała. Nie chciała nawet myśleć o tym, co by było, gdyby Stephane umarł.

 Marzyła, by nigdy sobie nawet tego nie wyobrażać.

– Myślisz, że będzie dobrze? – wyszeptała, delikatnie muskając dłonią szybę.

– Miejmy taką nadzieję. – Janek położył dłoń na ramieniu kierowniczki. 

Kobieta uśmiechnęła się smutno.

– Masz rację – przytaknęła. Ostatni raz spojrzała na nieprzytomnego Stephana. – Braciszku… –jej usta zadrżały, a w oczach pojawiły się łzy. – Trzymaj się, musisz dać radę… wierzę w ciebie.

***

Orion był wściekły. Kilkanaście lat poszukiwań, wytężonej pracy , poszło na marne, przez głupie niedopatrzenie. Teraz nie tylko nie wiedział, gdzie znajduje się ostatnia baza, ale też nie miał pojęcia, jak uruchomić komputery, które już mają.

– Idioci! Banda Idiotów! – Uderzył pięścią w stół, a siedzący przed nim mężczyźni, odruchowo skulili się w sobie. – Zaprzepaścić taką szansę… – pokręcił głową z dezaprobatą. – No nic – westchnął – czasu nie cofniemy, ale macie szansę się zrehabilitować – powiedział chytrze – jeśli znajdziecie ostatnią bazę, to może daruję wam życie – uśmiechnął się chytrze.

Dowódcy przytaknęli zgodnie, nie chcąc narażać się na gniew szefa.

– To co tu jeszcze robicie?! – Orion wstał gwałtownie. – Do roboty, ale to już!

W sekundzie podnieśli się i wybiegli z sali, jak rażeni piorunem.

Złoczyńca opadł na krzesło i skrzyżował ręce na piersi. Bardzo nie podobało mu się to w jakiej sytuacji się znalazł.

– Zacząłem wcześniej, a teraz wlokę się na samym końcu – mruknął.

Nad rosyjską tundrą wzeszło słońce.

***

Szpitalne urządzenia pikały miarowo. Stephanie wsłuchała się w nie i rozluźniła mięśnie. Miarowy oddech męża działał na nią kojąco, a wyniki badań, mimo wszystko, napawały optymizmem i dawały nadzieję.

– Dasz radę, prawda? – wyszeptała, delikatnie gładząc kciukiem czoło Stephana. – Zawsze dawałeś.

W tym momencie poczuła, jak mężczyzna delikatnie ściska jej dłoń. Podniosła wzrok i napotkała mętne spojrzenie niebieskich oczu. Przez chwilę patrzyła w nie, nie wierząc w to co widzi. Miała wrażenie, że właśnie otrzymała od losu najwspanialszy prezent. Niby to było tylko jedno spojrzenie, parę sekund, ale tak niesamowicie dla nie ważnych.

Cały jej świat był zamknięty właśnie w tym jednym spojrzeniu.

– Obudziłeś się – szepnęła przez łzy radości.

– Musiałem – odpowiedział słabo Stephane. – Nie mogłem… – w tym momencie zakrztusił się, a jego ciałem wstrząsnął dreszcz.

– Nic już nie mów – nakazała Stephanie. – Najważniejsze, że żyjesz.

***

– Wysłaliście już agentów do Brazylii?

Zosia siedziała w swoim pokoju i rozmawiał przez telefon z Gregiem. Opowiedziała mu o tym co stał się z Stephanem, ale wolała za bardzo się nie rozwodzić nad całą sytuacją, szczególnie, że wszystko wskazywało na to, że Antiga przeżyje.

– Oczywiście, że wysłaliśmy – prychnął Lestrade. – I to już dawno. Ale to wielki kraj, wiele czasu może zająć nam znalezienie bazy – westchnął ciężko.

– A dzienniki?

– W żadnym nie mamy podanej dokładnej lokalizacji. Podejrzewamy, że baza może być bliżej Rio, bo w pamiętniku Haveline nie ma wzmianki o długie podróży.

– To logiczne – Kobieta zmarszczyła czoło. – Tylko, że nadal pozostaje nam do przeszukania spory obszar.

– Próbujemy znaleźć jakiś kod, coś według czego wybierali miejsca, ale na razie nic nie mamy.

– Co z Moriartim?

– Żadnych śladów  – mruknął Greg. – Przypuszczamy jednak, że też jest w Brazylii. Doskonale wiesz, jak sprytny i nieobliczalny jest.

– Niestety tak. No trudno, informuj mnie jak coś się zmieni, na razie zostaje z chłopakami – Zosia poinformowała jeszcze przyjaciela, a potem rozłączyła się, by nie słuchać jego protestów.

***

Samolot wylądował w Warszawie. Gdy tylko zniknął nakaz zapięcia pasów, Michał wygrzebał z plecaka komórkę i włączył ją. Z zniecierpliwieniem czekał, aż ta zacznie odpowiadać, a kiedy zobaczył dziesięć nieodebranych połączeń od Zosi, poczuł jak robi mu się gorąco. Dopiero jeden sms, składający się z zaledwie dwóch słów, sprawił, że mógł odetchnąć z ulgą.

Obudził się.

– Chłopaki! – poderwał się gwałtownie z miejsca. – Stephane się obudził będzie żył! – krzyknął rozradowany.

Wybuchła przysłowiowa euforia. Siatkarze śmiali się radośnie, podskakując w niewielkim samolocie i regularnie uderzając głowami w sufit. Pozostali pasażerowie patrzyli na nich, jak na wariatów, ale woleli nie pytać co się dzieje.

– Myślisz, że teraz wszystko wróci do normy? – zapytał Kubiaka Fabian, kiedy znaleźli się już w terminalu.

– Chyba żartujesz – prychnął kapitan. – Czy my kiedykolwiek byliśmy normalni?

***

Potrzebowali szpiega. Kogoś, kto będzie na tyle blisko, a zarazem na tyle daleko, by obserwować co robi Scotland Yard.

– Co to za człowiek? – zapytał Orion, stukając palcem w podsunięte zdjęcie.

– Jeden z siatkarzy – odpowiedział drżącym głosem jeden z generałów Omegi.

– A niby po co nam siatkarz? – prychnął złoczyńca.

– Jest blisko tej całej Zosi – zaczął powoli tłumaczyć dowódca. – A to może być dobre. Gdybyśmy wprowadzili kogoś do samego Scotland Yardu, mógłby być częściej sprawdzany i szybko by go wykryli. Ich nikt nie kontroluje.

– No niech będzie – Orion odchylił się na krześle. – Tylko powiedz mi – skrzyżował ręce na piersi – jak zamierzasz przekonać tego twojego siatkarza, by z nami pracował.

– Nie zamierzam – generał wzruszył ramionami. – Dzięki temu urządzeniu będziemy mogli go kontrolować – powiedział, po czym wyjął z kieszeni chipa, nie większego od ziarnka ryżu.

– I to działa?

– Owszem – przytaknął. – Wszczepiamy to pod skórę na karku i możemy kontrolować dowolną osobę.

– A jak to dokładnie działa?

– To… skomplikowane. – Podrapał się po głowie z zakłopotaniem.

Orion westchnął i jeszcze raz obejrzał niewielkie urządzonko. Plan był dziwny, nieco ryzykowny, ale mógł się udać.

– Jeśli ci się powiedzie, to może oszczędzę twoją głowę – powiedział po czym roześmiał się szyderczo.

***

Był środek nocy, a rzeszowskie ulice powoli pustoszały. Fabian wracał właśnie z krótkiego spotkania z starym kumplem i jedynym o czym marzył, było ciepłe łóżko. Z słuchawkami na uszach zupełnie nie dostrzegał świata wokół. Nie zauważył więc starszego mężczyzny w mocno zużytych ubraniach, nonszalancko opartego o mur. Minął go, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.

To był błąd. W jednej chwili nieznajomy znalazł się przy rozgrywającym, powalił go na ziemię i wbił coś w kark.

– Cicho – syknął. – To tylko chwila.

Drzyzga poczuł jak świat wokół zaczyna wirować. Na chwilę stracił kontakt z rzeczywistością, nie do końca wiedział co się dzieje.

Jednak po chwili wszystko się skończyło. Tajemniczy mężczyzna zniknął, a Fabian mógł spokojnie wstać i dalej iść do domu. Jego pamięć została zmodyfikowana, nie pamiętał też co się stało.

Nie wiedział, że teraz ma w swoim ciele coś, co tylko czeka, by przejąć kontrolę nad jego ciałem.


W końcu dodaję nowy rozdział. Nie wiem co o nim napisać, zresztą jest już tak późno, że nie chce mi się nic wymyślać.
W ciągu dwóch dni powinno pojawić się coś na "Without you..."
Pozdrawiam
Violin

sobota, 24 września 2016

Rozdział 31

To było straszne. W momencie kiedy do jego uszu dotarł przeraźliwy krzyk, Michał poczuł się jakby coś ciężkiego uderzyło go w głowę. Poderwał się gwałtownie z łóżka i wybiegł z pokoju, modląc się w duchu by to nie było to o czym myśli.
Wpadł do pomieszczenia, w którym stacjonował Sokal, a za nim wbiegł równie przerażony Marcin.
Widok, który zobaczyli, rozbił ich serca na kawałki. Philippe Blain tulił po ojcowsku zapłakaną Zosię, próbując ja uspokoić, choć sam nie tłumił łez. Na podłodze klęczał Oskar, który kiwał się w przód i w tył, kręcą głową z niedowierzeniem.  Na łóżku leżała zrozpaczona, szlochajaca Stephanie. Głowę oparła o tors męża, a jej palce błądziły po jego przeraźliwie białej twarzy.
I w tym momencie do Michała dotarło co się stało.
Stephane Antiga umarł.
– Nie – wychrypiał, zataczając się do tyłu. – Nie, nie, nie!
Nie wierzył, że to dzieje się naprawdę. Stephane nie mógł odejść, po prostu nie mógł.  To było zbyt przerażające, żeby było prawdziwe. Nie potrafił przyswoić informacji o śmierci trenera. Przed oczami przeleciały mu wszystkie treningi, wspólne mecze, te wygrane i te przegrane. Nie płakał, był w zbyt wielkim szoku, podobnie jak stojący obok Możdżonek, który  był blady jak ściana i pustym wzrokiem wpatrywał się w jeden punkt w przestrzeni, bezgłośnie poruszając ustami.
Ale w tym momencie stało się coś, czego się nie spodziewali.
Nagle Stephane otworzył usta i zachłysnął się powietrzem. Zaczął się krztusić, desperacko próbując złapać oddech. Przerażona Stephanie odskoczyła od męża, za to Sokal momentalnie znalazł się przy nim. Lekarz podniósł go tak, by plecami oparł się o ścianę, co odrobinę pomogło. Jednak Antiga nadal kaszlał przeraźliwie, dodatkowo zaczął strasznie się trząść.
– Co się dzieje?! – zapytała historycznie Stephanie.
– Odtrutka jednak działa– odpowiedział szybko. – Philippe, dzwoń po karetkę! – nakazał – teraz się przydadzą.
Blainowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Drżącymi dłońmi wykręcił odpowiedni numer, a sekundę później zaczął coś szybko tłumaczyć po francusku.
Kolejne minuty wlekły się niemiłosiernie. Stephane cały czas walczył sam ze sobą, próbując złapać oddech. Sokal starał się jakoś mu to ułatwić, ale nie wiele mógł zrobić. Cały czas obok męża siedziała Stephanie, która patrzyła na niego z przerażenie, ale też nadzieją w oczach. Zosia za to chodziła w kółko po pokoju, co chwilę nerwowo spoglądając na zegarek.
W końcu jednak pojawiła się upragniona pomoc. Siatkarze, którzy dostali polecenie zostać w swoich pokojach, by nie blokować i tak wąskiego korytarza, teraz stali w drzwiach i nerwowo czekali, aż zobaczą swojego trenera.
Ratownicy podali Stephanowi tlen, który od razu ułatwił mężczyźnie oddychanie. Szybko przenieśli go do karetki, a razem z nimi pojechała Stephanie, oraz Sokal, jako lekarz, który wiedział co się dzieje i Zosia, która robiła za tłumacza.
Nie było łatwo, organizm Antigi nadal walczył, ale w końcu udało się. Złapał oddech, jego serce zaczęło normalnie pracować.
A przynajmniej tak się wszystkim wydawało. Wiedzieli, że dopóki Stephane się nie obudzi niczego nie mogli być pewni.
Nawet tego, czy dożyje następnego ranka.
***
James Moriarty już dawno przestał zastanawia się, jaki jeszcze poziom głupoty osiągnie Scotland Yard. Po prostu w pewnym momencie stwierdził, że to bez sensu i zaczął przyglądać się ich porażkom, za każdym razem uśmiechając się przy tym chytrze.
Siedział właśnie w bazie w północnej Szkocji i w spokoju przysłuchiwał się rozmowie dwóch brytyjskich inspektorów. Założenie podsłuchu w gabinecie jednego z nich było wręcz dziecinnie proste, zresztą podobnie jak inne dotychczasowe działania. Bazę w Szkocji i na Dominikanie znalazł bez większych trudności, już nie mówiąc o wykradnięciu informacji z dziennika młodego Blaina. Jedyne co mu teraz pozostało, to dowiedzenie się gdzie dokładnie znajduje się ostatnia baza. Nie lubił się za bardzo wysilać, wiec postanowił po prostu zaczekać, aż ktoś inny ją znajdzie, a potem po prostu szybko ją przejąć.
Znów wsłuchał się w dialog i roześmiał się kpiąco. Mężczyźni właśnie mówili o tym jak te informaje uchronić przed Omegą. Zachowywali się tak, jakby zupełnie zapomnieli, że w tej grze jest jeszcze trzeci gracz.
Bardzo sprytny gracz.
– Gdzie dwóch się biję, tam trzeci korzysta – wyszeptał.
***
Siatkarze czekali. Czekali na dwie rzeczy – autobus, który miał ich zawieść na lotnisko i na, zdecydowanie ważniejsze, informacje o stanie Stephana Niby Philippe opowiedział im o niezwykłym powrocie do żywych Antigi, ale wiedzieli też, że nadal jego stan jest ciężki i niczego nie mogą być pewni.
Trzeba było jednak zająć czymś myśli, więc Marcin Możdżonek postanowił jeszcze raz sprawdzić czy na pewno wszystko spakował. Przetrząsnął więc plecak, sprawdził walizki i… odkrył, że znów zniknęły gdzieś jego buty.
– Zator, do mnie, ale to już! – krzyknął, zirytowany wybiegając na korytarz.
Libero niepewnie wychylił się ze swojego pokoju.
– Co się stało? – zapytał.
– Sam dobrze wiesz co się stało – Możdżonek podszedł do niego powoli. – Gdzie. Są. Moje. Buty? – Chwycił chłopaka za kołnierz i nieznacznie podniósł.
– Nie mam pojęcia – wychlipał Paweł.
– A myślałem, że już ci przeszło – środkowy pokręcił głową z dezaprobatą.
– Tylko, że ja naprawdę ich nie wziąłem – Zatorski zrobił najbardziej błagalną minę na jaką było go stać. – Proszę, uwierz mi.
Marcin powoli opuścił go na ziemię i przez chwil przyglądał mu się podejrzliwie.
– Na razie ci nie wierzę – zaczął powoli – Ale jak mi je znajdziesz w ciągu pół godziny, to może ci wybaczę.
Zati spojrzał na niego z niedowierzaniem. Przez chwilę przetwarzał to co usłyszał, a kiedy już dotarło do niego, że dostał szansę, uśmiechnął się szeroko.
– Dziękuję! – wykrzyknął rozradowany. – Zobaczysz, znajdę je, przecież nie mogły tak po prostu zniknąć – dodał po czym odwrócił się na pięcie i pobiegł w tylko sobie znanym kierunku.
Przez kolejne dwadzieścia minut Zati szukał. Przeszukał dokładnie cały hotel, pokoje swoich kolegów, zajrzał nawet do kuchni i na dach. Butów jednak nigdzie nie było. Już miał się poddać, kiedy przypomniał sobie, że przecież nie zajrzał do pokoju właściciela obuwia.
Cicho i ostrożnie wszedł do pokoju Marcina. W środku panował wręcz nieprzyzwoity porządek, nigdzie nie leżał nawet mikroskopijny papierek. Paweł powoli podszedł do łóżka i zajrzał pod nie.
I wtedy prawie krzyknął z radości.
Pod łóżkiem leżała bowiem para olbrzymich, biało–czerwonych butów.
Uradowany libero wziął je szybko i wciągu sekundy znalazł się na korytarzu.
– Mam je, Marcin! Udało mi się! – krzyknął, wymachując znaleziskiem na prawo i lewo.
– Gdzie były? – zapytał środkowy, biorąc od kumpla swoją własność.
– Pod łóżkiem! Twoim łóżkiem!
– Sprawdzałem tam tysiąc razy – mruknął Możdżonek, nadal nie wierząc w to co słyszy.
– Wzrok ci się pogorszył – skwitował Zati. – Starzejesz się stary – poklepał kolegę po plecach po czym odszedł, chichrając się pod nosem.

Witam was pod rozdziałem trzydziestym pierwszym. Powiem szczerze, że tą część pisało mi się wyjątkowo trudno. Ogólnie bardzo poważnie myślałam nad czy by... nie uśmiercić Stephana. Naprawdę, przez chwilę miałam taką myśl, ale w końcu odpuściłam.

Ogólnie, to nie mogę obiecać, że rozdziały będą się pojawiać regularnie. Zaczął się rok szkolny, co dla mnie oznacza prawdziwy nawał pracy i mało czasu na pisanie. Postaram się jednak jutro dodać coś na "Without you...", a kolejne części dodawać mniej więcej ran na tydzień, plus-minus dwa dni.
Mam nadzieję, że rozdział wam się podobał.
Pozdrawiam
Violin