Ziemia zapadła się z głośnym hukiem. Greg patrzył jednak nie
na osuwisko, a na drogę zanim, gdzie już powinna pojawić się Zosia. Stojący
obok Stephane też zaczął się denerwować. Do ludzi Scotland Yardu dołączył
dosłownie kilka minut wcześniej ale doskonale słyszał zapewnienie Polki, że już
jest bezpiecznie na zewnątrz.
– Zośka, gdzie
jesteś? – zdenerwowany Lestrade uruchomił komunikator.
Opowiedziała mu głucha cisza.
– Zosia?
Ziemia przestała się trząść, a za budynkami wioski widniało
teraz bardzo malownicze gruzowisko. Ogromna dziura miała dobre pięćset metrów
długości, a spod sterty ziemi wystawała masa kabli i części jakiś urządzeń.
Jednak inspektorki nadal nigdzie nie było.
Pierwszy sytuacje zrozumiał Sherlock. Jak szalony rzucił się
w kierunku rozłamu. Zsunął się po prawie siedmiometrowej skarbie po czym zaczął
rozgarniać kamienie. Dopiero wtedy otrząsnęła się reszta. Mózg Grega zaczął
wszystko analizować, powoli rozumiał co się stało. I z każdą kolejna sekundą ogarniało go coraz
większe przerażenie.
– Oszukała nas! –
wychrypiał słabo, zsuwając się do dziury. – Nie uciekła!
– Nadal tu jest –
warknął Sherlock, nie przerywając poszukiwań. – Nie stójcie tak, musimy ją
znaleźć!
Wszyscy rzucili się do szukania. Szukali ludzie Scotland
Yardu, szukali polscy siatkarze, szukali nawet inni sportowcy, którzy akurat
znaleźli się w pobliżu, a nie zdążyli wcześniej zostać ewakuowani. Ktoś
zaalarmował ratowników, ktoś inny strażaków, pojawił się helikopter medyczny.
Zosię w końcu znalazł Stephane, a dokładniej zauważył jej
dłoń, wystającą spod gruzów.
– Nie, nie, nie –
udało mu się w końcu wyciągnąć kobietę. Widząc w jakim jest stanie, opadł
bezsilnie na kolana, nie był wstanie opanować łez. – Moja Zosia, moja mała
siostrzyczka… – łkał z głową inspektorki
opartą na kolanach. Jego palce kleiły się od jej krwi, nie mógł patrzeć na jej
przeraźliwie białą twarz. Nie czuł żeby oddychała, nie czuł jej pulsu. Jedynie
miał wrażenie, że cały świat wokół się wali.
Obiecał, że będzie ją chronił.
Zawiódł.
Nawet nie zauważył, jak został odciągnięty od Polki, bo
przejęli ją ratownicy. Ktoś objął go ramieniem, próbował uspokoić. Antiga nie
był jednak wstanie zahamować rozpaczy, która ogarniała całe jego ciało.
Dopiero dwa słowa trochę mu pomogły.
– Jest puls – tyle
usłyszał ze słów ratowników. Reszty mógł się domyślić.
Jest puls, Zosia żyje, będzie dobrze.
Będzie dobrze.
***
kilka miesięcy
później, Ottawa
Stephane stał przed lustrem i niepewnie przyglądał się
swojemu odbiciu. Granatowa bluza z czerwonym liściem klonowym leżała na nim
bardzo dobre, ale czuł się w niej jakoś nieswojo. Jakby nie należała do niego.
Dosłownie kilka godzin wcześniej podpisał kontrakt z
kanadyjską federacją. Rozpoczynał zupełnie nową przygodę, której już nie mógł
się doczekać, ale jednocześnie pożegnanie z reprezentacją Polski nadal go
bolało, nadal myślał o nich, jak o swojej rodzinie.
– Do twarzy ci w
granacie.
Odwrócił się gwałtownie, słysząc tak dobrze znany głos.
– Jak tu weszłaś? –
zapytał, stojącej w drzwiach Zosi.
– Mam swoje sposoby –
wzruszyła ramionami po czym podeszła bliżej.
Choć przeżyła wybuch w ostatniej bazie, to zostawił on na
jej ciele widoczny ślad. Kulała mocno, a i ramię nie odzyskało swojej
wcześniejszej sprawności. Scotland Yard w obliczu niepełnej sprawności
fizycznej, zdecydował się przenieść inspektorkę do działu dokumentacji. Ta
jednak nie wytrzymała zbyt długo przy papierkowej robocie i po tygodniu zrezygnowała.
– Co tu robisz? –
Antiga spojrzał pytająco na przyjaciółkę. Ta tylko uśmiechnęła się chytrze i
podała mu jakąś kartkę. Szybko przeczytał krótkie tekst, który na niej był. –
Będziesz ze mną pracować?!
– Hoag twierdzi, że
przyda ci się pomoc przy tej bandzie kanadyjskich łosi – odpowiedziała,
wzruszając ramionami.
– Myślisz, że tu też
będzie taki cyrk, jak u orzełków.
– Oczywiście,
przecież to siatkarze. A siatkówka, to trudny przypadek.
Właśnie przeczytaliście epilog.
Czuję się dziwnie.
To było moje pierwsze siatkarskie opowiadanie.
I właśnie je skończyłam.
Nadal w to nie wierzę.
Chciałabym napisać coś konstruktywnego, ale nie potrafię. Ta
historia była dla mnie cholernie ważna. Gdy zaczynałam ja pisać, myślałam, że będzie
to blog, który będzie sobie funkcjonował od tak, po prostu, nie przywiązywałam
do niego większej uwagi. Ale z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej mi na
nim zależało.
Oczywiście nie byłoby by tego bloga bez was, czytelników. Nawet
nie macie pojęcia, jak ogromną motywacje dawał mi każdy komentarz, każde
wyświetlenie. Czasami, gdy miałam ochotę rzucić to wszystko w pierony, czytałam
niektóre wpisy i od razu mi się odechciewało. Dlatego mam do was prośbę – niech
każdy kto czytał zostawi pod tym postem choć jedno słowo, tak na pożegnanie.
Jeszcze raz dziękuję!
Teraz prośba numer dwa. Na blogu Szalona Violin i świat
pojawiła się notka Noworoczna. Dotyczy ona planowanych przeze mnie opowiadań.
Przeczytajcie ją i potem zagłosujcie w ankiecie, to dla mnie naprawdę ważne.
Moja przygoda z trudnym przypadkiem oficjalnie się
skończyła. I choć prowadzę teraz kolejne historie, to ta zajmuje w moim sercu
szczególne miejsce.
Do zobaczenia pod innymi opowiadaniami
Violin