niedziela, 27 listopada 2016

Rozdział 35

– Moriarty wie o wiosce?

Siedzieli w trójkę, w pokoju Zosi, omawiając strategię. Fabian nadal był nieprzytomny, ale Sherlock twierdził, że nic mu nie będzie bo, jak mówił, „nie uderzył zbyt mocno”.

– Na pewno – prychnął Holmes. – Moriarty to geniusz. On widzi nas cały czas, ale my jego nie.

– Więc co mamy robić? – zapytał Lestrade.

– Czekać – odpowiedział spokojnie detektyw. – Szukajmy bazy. Nie pozwólmy, by znalazła ją Omega. Potem zajmiemy się resztą.

Greg powoli pokiwał głową, choć nie był do końca przekonany co do słów towarzysza.

  Macie jakieś podejrzenia, co do tego, gdzie może być wejście do bazy? – Zosia nerwowo stukała palcami o blat biurka.

– Owszem – przytaknął Sherlock. – Od razu wykluczyliśmy wszelkie budynki. Wioska powstała po upadku programu, bloki zbudowano stosunkowo niedawno i to na zupełnie niezabudowanym terenie. Trzeba poszukać…

– Jakiś przejść w ziemi – od razu zgadła kobieta.

– Musiałaś mi przerwać? – prychnął z irytacją Holmes.

– Przepraszam. Kontynuuj swoje nad wyraz niezwykłe wywody – przewróciła oczami.

– Tak, jak mówiłem, za nim mi okrutnie przerwano – prawie zabił Polkę wzrokiem. – Wejście, to najprawdopodobniej jakiś szyb, ale zakamuflowana winda. Trzeba dokładnie zbadać nawierzchnie całego kompleksu.

– Przydałby się jaki rentgen, albo coś podobnego – westchnął Lestrade. – Niestety, rząd tnie koszty, a to super zaawansowana technologia. Nie ma szans żebyśmy coś takiego wybębnili.

– Może nie będzie trzeba – Zosia uśmiechnęła się chytrze.

– Niby dlaczego?

– Wierz mi – mamy tu speców od wpadania w różne dziury i pułapki.

***

– Bartek, ja rozumiem, że masz problem z snem, ale to nie oznacza, że musisz budzić wszystkich wokół – zaspany Piotrek podrapał się po głowie.

– Przepraszam, Piter, ale potrzebuje towarzystwa na moim nocnym spacerze – Kurek uśmiechnął się przepraszająco.

– A gdzie ty zamierzasz spacerować? – prychnął środkowy. – Po nutellę się do stołówki wybierasz?

Atakujący nic ni odpowiedział, ale jego mina mówiła wszystko.

Piotrek westchnął głęboko. Z jednej strony marzył mu się powrót do cieplutkiego, przytulnego łóżeczka, ale z drugiej… Bartek był jego przyjacielem i powinien pomóc mu w spełnieniu marzenia.

Poszli więc we dwóch. Niczym Batman i Robin, Pinkie i Mózg, Asterix i Obelix, towarzysze na dobre i na złe, przemykali między budynkami wioski, by nielegalnie zdobyć ambrozję, pokarm bogów.

Powoli wkroczyli do słabo oświetlonej stołówki. Doskonale wiedzieli, gdzie jest nutella. Za jednym z blatów, w przeszklonej szafce, stały rządkiem szklane słoiki. Podeszli do nich ostrożnie, stąpając na placach i nisko pochylając głowę. Stosują starożytne techniki otwierania schowków, włamali się do szafki.  A gdy otworzyli ją na oścież, niebiańskie światło zalało nutelle i rozległy się chóry anielskie.

– Czyż nie jest piękna? – Bartek z błogością wpatrywał się w zdobycz.

– Ta, jasne – Piotrek przewrócił oczami. – Czy możemy już iść?

Kurek spojrzał na niego najbardziej tępym wzrokiem, na jaki było go stać. Dokładnie dwadzieścia trzy sekundy zajęło mu ogarnięcie, czego chce środkowy.

– Oh, tak, oczywiście – zażarcie pokiwał głową po czym chwycił jeden słoik i dumnym krokiem wymaszerował ze stołówki. Piotrek pognał za nim.

– Nutella, moja nutella, moje skarbeńko najukochańsze – Bartek szedł, tulą do siebie krem i cały czas szepcząc do niego, jak do małego dziecka. Piter wlókł się za nim nic nie mówiąc, ale za to poważnie zastanawiając się, czy jeszcze zdąży zmienić zawód.

Tak się zamyślił, że nie zauważył, że Kurek przystanął by zawiązać sobie buta. Nowakowski wpadł na niego, przy okazji przewracając nutelle. Słoik z melodyjny szczękotem potoczył się bo betonie i zatrzymał się dopiero na czymś, co wyglądało, jak całkiem spora, drewniana pokrywa od studzienki.

– No i co zrobiłeś?! – fuknął Bartuś. – Uciekła ode mnie! – dodał płaczliwie.

Piotrek znów przewrócił oczami. Zdecydowanie tej nocy naciągnął sobie mięśnie gałki ocznej.

– Nic jej się nie stał – westchnął, podchodząc do opakowania. – Zobacz – wziął go do ręki – jest cały i zdrowy.

I w tym momencie pożałował swoich słów, bo momentalnie przypomniała sobie o nim siła ciężkości. Studzienka załamała się pod nim z cichym trzaskiem, a on wpadł do środka, szaleńczo wymachując przy tym rękami.

Przynajmniej nie było głęboko.

– Piter, żyjesz!

Podniósł głowę i zobaczył Bartka, który pochylał się nad otworem z wyjątkowo przerażoną miną.

– Na twoje nieszczęście owszem – odpowiedział zirytowany.

– Spokojnie, zaraz cię wyciągnę, tylko znajdę jakąś linę czy coś! – odkrzyknął atakujący po czym zniknął w ciemności.

Piotrek westchnął głęboko. Doskonale znał stopień rozgarnięcia Kurka i wiedział, że spędzi w tej dziurze jeszcze długie minuty.

Postanowił wykorzystać ten czas, by trochę się rozejrzeć. Okazało się bowiem, że nie trafił do jakiejś tam dziury. W jednej z ścian wykuty został wąski, niezbyt wysoki korytarz, prowadzący w nieznane. Środkowy był osobnikiem ciekawskim, więc schylił głowę i wszedł do niego powoli. Macając wilgotną ścianę, przeszedł po omacku dobre pięćdziesiąt metrów za nim doszedł do czegoś co mogło być pomieszczeniem.

Nadal było ciemno, nie był wstanie powiedzieć, gdzie jest, ale czuł, że znalazł się w naprawdę sporej grocie. Zaczął badać ściany wokół, aż w końcu, ku własnemu zdziwieniu, trafił na włącznik światła. Nacisnął go podekscytowany.

Pod sufitem zapaliły się znajome jarzeniówki, oświetlając jeszcze bardziej znajome urządzenia. Piotrek, jak głupi wpatrywał się w ogromne instalacje, które łudząco przypominały te w Spale i Tokio.

Dobrych kilka chwil zajęło mu zrozumienie co widzi. Gdy w końcu to do niego dotarło, odwrócił się na pięcie i szaleńczym pędem, pokonał drogę do znajomej studzienki. Był tam akurat w momencie, w którym wrócił też Kurek.

– Mam linę! – krzyknął rozradowany, zrzucając kumplowi mocny sznur.  Ten chwycił go, obwiązał się ciasno, poprosił opatrzność o opiekę po czym pociągnął za niego, by przekazać koledze, że jest gotowy. Zaczął powoli wspinać się po ścianie, jednocześnie, będąc wciągany przez Bartka i jeszcze kogoś.

Tym kimś byli Dawid i Karol. Jak się okazało, Kuraś zrobił taką aferę, że obudził pół budynku, nie tylko polskich siatkarzy, ale też ręcznych, wioślarzy i nawet oberwał poduszką od dwóch lekkoatletek. Na szczęście jednak wokół studzienki zebrała się tylko siatkarska ekipa. Piotrek nie był gotowy na morderczy wzrok Tałanta Dujszebajewa.

– Piotrek!

Gdy tylko stanął na powierzchni, na szyję rzucił mu się Bartek.

– Już się bałem, że utkniesz tam na zawsze.

– Jak widać nie zostałem – prychnął Nowakowski. Odszukał wzrokiem Zosię. Wiedział, że koniecznie musi powiedzieć jej o tym co znalazł.

Kobieta stałą w pewnej odległości od zbiegowiska. Widać było, że jest zmęczona, choć nadal miała na sobie „robocze” ubrania, co oznaczało, że pracowała, choć był środek nocy.

– Zosia… – podszedł do niej ostrożnie.

– Tak? –Uniosła głowę i spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.

– Bo tam na dole ja… ja znalazłem coś...

– Co takiego?

– Ostatnią bazę.



Prezentuję kolejny rozdział. Nie napiszę o nim za wiele, bo jest już późno, a mnie chce się spać.
Proszę, zostawcie komentarz.
Pozdrawiam
Violin

sobota, 5 listopada 2016

Rozdział 34

Siatkarska baza w Belo Horizonte była strzałem w dziesiątkę. Chłopaki nie tylko zostali odcięci od olimpijskiego zgiełku, ale też mieli okazje potrenować w naprawdę dobrych warunkach. To dobrze działało i na ich formę, która rosła, jaki i na ich samopoczucie. Jedynie Fabia wiecznie chodził dziwnie naburmuszony, co lekko niepokoiło jego kolegów.

Któregoś popołudnia, gdy trenowali na hali Sady Cruizero, w odwiedziny postanowili wpaść Sherlock z Gregiem. A dokładnie, to Holmes wpadł na boisko, łopocząc przy tym płaszczem niczym sam Batman i zupełnie nie zwracając uwagi na, śmigające we wszystkich kierunkach piłki.

– Holmes! – Zosia podniosła głowę znad notatek. – Na co ci ta cholerna peleryna? – zapytała, kiedy detektyw podszedł bliżej. – Na zewnątrz jest ze trzydzieści stopni.

– Ostatnia baza jest niedaleko Wioski Olimpijskiej – odpowiedział Anglik, zupełnie ignorując wcześniejsze pytanie.

Kobieta zmarszczyła czoło.

– Fabian, wracaj do ćwiczeń, ale już! – krzyknęła do Drzyzgi, który przystanął gwałtownie, przepuszczając serwis Bieńka. – Jesteś pewien? – zwróciła się znów do Sherlocka.

– A czy ja się kiedyś pomyliłem? – prychnął Holmes. – Wiemy, że jest na tamtym terenie, ale nie mamy pewności, gdzie dokładnie.

– Ewakuujecie wioskę?

– Nie – odpowiedział Greg, który akurat w tym momencie pojawił się na sali. – Wywołałoby to tylko zbędną panikę i pytania. Na razie będzie ostrożnie szukać wejścia – wyjaśnił.

– Jestem w stanie wam jakoś pomóc? – Zośka złapała, posłaną w jej stronę przez przypadek, piłkę. – Drzyzga, koncentracja! Nie bujaj w obłokach! – nakazała rozgrywającemu, który pobiegł odebrać zgubę.

Siatkarz nic nie powiedział. Jedynie wykrzywił się w niezrozumiałym grymasie, a jego oczy na ułamek sekundy rozbłysły czerwonym światłem.

Zosia zmarszczyła czoło i zamrugała parę razy. Czerwone światło zniknęło.

– Musiałam się przewidzieć – mruknęła sama do siebie, kiedy Fabian już odszedł. – To w końcu mogę coś zrobić? – zapytała jeszcze raz.

– Możesz zostawić te dzieci i zastąpić paru idiotów, z którymi musze współpracować! – Holmes bardzo stanowczo wyraził swoje zdanie.

– Chyba jednak zostanę w swoim przedszkolu – zaśmiała się.

Sherlock prychnął potępieńczo, odwrócił się na piecie i odszedł, strzelając przysłowiowego focha.

A jego płaszcz łopotał artystycznie.

***

 – Szefie, mamy coś!

Orion odwrócił się od okna i krytycznym wzrokiem, spojrzał na swojego podwładnego.

– Niby co takiego?

– Nasz człowiek podsłuchał ciekawą rozmowę – mężczyzna nacisnął przycisk na niewielkim odtwarzaczu. Przez szum zakłóceń, przebijało się parę urywanych zdań.

– A to ciekawe – złoczyńca skrzyżował ręce na piersi i jeszcze raz potoczył wzrokiem po terenie otaczającym tymczasową siedzibę w Brazylii. – Wioska Olimpijska, kto by pomyślał…  – pokręcił głową z niedowierzaniem. – Wyślijcie ludzi w tamte okolice. Niech przeczeszą dokładnie teren.

– Tak jest!

– I lepiej dla was byście coś znaleźli. Bo inaczej to będzie wasze ostatnie zadanie.

***

  Myślisz, że jak będziemy pracować w środku nocy, to znajdziemy więcej niż gdybyśmy szukali za dnia? – zapytał zaspanym głosem Greg.

– Nie – Sherlock oświetlił latarką ścianę jednego z budynków w wiosce olimpijskiej.  – Ale na pewno mniej osób zwróci na nas uwagę, co będzie nam na rękę.

Lestrade tylko prychnął z irytacją. Bardzo mu się nie podobało, że w środku nocy musi ganiać po zapleczu wioski. W tamtym momencie miał głęboko gdzieś Omegę i Moriartiego – zdecydowanie bardziej interesowało go ciepłe łóżko w hotelu.

Przez zmęczenie na początku nie zauważył niczego podejrzanego. Dopiero po chwili jego mózg zarejestrował tajemniczą postać, przemykającą pod ścianami.

– Sherlock – szturchnął detektywa. – Ktoś nas chyba obserwuje – szepnął, nie wskazując jednak na postać, by się nie wydać.

Holmes doskonale wiedział jednak o co chodzi. Też dostrzegł nieznajomego.

– Masz racje Greg – powiedział nagle, dziwnie podniesionym głosem. – Wracajmy do hotelu, jest już zdecydowanie za późno – odwrócił się na pięcie, a Lestrade poszedł dalej, wczuwając się w to dzine przedstawienie.

– Śledził nas, pracuje dla Omegi – zaczął szybko wyjaśniać Sherlock, kiedy obaj oddalili się już na wystarczającą odległość. – A to oznacz jedno.

– Ale co?

– Mamy szpiega.



***

– Mamy szpiega.

Zosia spojrzała zdziwiona na Sherlocka. Było już koło pierwszej w nocy, a olimpijska stołówka świeciła pustkami. Dlatego też było to idealne miejsce, by w spokoju porozmawiać.

– Ale jak to szpiega? – kobieta zmarszczyła czoło.

– Omega szuka bazy. Wiedzą, że jest gdzieś w pobliżu. Sami tego nie wymyślili – warknął. – Ktoś im musiał powiedzieć. Sprawdziłem ludzi, którzy ze mną pracowali. To nie oni.

– Więc kto?

Holmes odchylił się na krześle, złożył ręce i zmarszczył brwi. Zośka miała wrażenie, że wręcz widzi impulsy myślowe, przeskakujące między komórkami w jego mózgu.

– Mam go!

Mężczyzna poderwał się gwałtownie, przewracając krzesło i wybiegł ze stołówki. Polka pognała za nim, zupełnie nie wiedząc o co chodzi. Sherlock biegł przez wioskę, nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenia nielicznych sportowców, których mijał. Jak szalony wpadł do budynku, w którym mieszkali polscy siatkarze. Zośka nie mogła go powstrzymać, kiedy, trzaskając drzwiami  i budząc wszystkich wokół, przeszukiwał kolejne  pokoje.

– Ty!

Nagle na korytarzu pojawił się Fabia Drzyzga. Detektyw podszedł do niego, chwycił za kołnierz i mocno przycisnął do ściany.

– Ile im powiedziałeś? – wycharczał przez zęby.

Fabio jęknął płaczliwie. Holmes potrząsnął nim wściekle.

– Sherlock, co ty wyprawiasz?! – Obok, jak spod ziemi wyrosła Zosia.

Zamiast coś odpowiedzieć, Holmes brutalni odwrócił rozgrywającego i wykręcił mu ręce na plecach.

– Proszę… – Fabian załkał boleśnie.

Zamieszanie sprawiło, że wokół mężczyzn zaczęła się zbierać coraz większa grupa ludzi. Bieniek i Konarski próbowali jakoś odciągnąć Sherlock od kolegi, ale udało im się tylko zarobić ciosy odpowiednio w szczękę i żebra.

– Ile im powiedziałeś?! – powtórzył pytanie Holmes.

Nagle stało się coś czego nikt się nie spodziewał. Mięśnie Fabiana napięły się, a jego oczy rozbłysły czerwonym światłem.

– Tyle, ile było trzeba – odpowiedział głosem o dobre pół tonu niższym niż zazwyczaj. Uśmiechnął się chytrze po czym sprytnie wyplątał się z ucisku Sherlocka. – Jak widzę, szybko poszło ci odnalezienie szpiega. Gratuluję.

Wszyscy patrzyli zszokowani na rozgrywającego, zupełnie nie wiedząc co powiedzieć. Jedynie Holmes wydawał się być wyjątkowo spokojny.

– To wcale nie było trudne – prychnął. – Na przyszłość, radziłbym pozbyć się tego czerwonego  światełka. Odrobinę przeszkadza ono w kamuflażu.

– Może w kamuflażu tak, ale na pewno nie w tym – Jakby znikąd w dłoni Fabiana pojawił się pistolet. – Zrobicie jeden krok, a nacisnę spust.

Stali, jak zamienieni w kamień. Chłopaki nie wierzyli w to co widzą. To nie mógł być ich Fabio, po prostu nie mógł. Fabian, którego znali nigdy by się nie zachował w ten sposób, nigdy nie groziłby im bronią.

Nigdy by nikogo nie zdradził.

Na Holmsie groźby jednak nie robiły wrażenia. W ciągu sekundy był już przy siatkarzu. Najpierw wymierzył mu cios w szczękę, a następnie w brzuch. Gdy zawodnik zgiął się wpół, detektyw wytrącił mu z ręki broń, którą szybko przejęła Zosia.

– Teraz to my dyktujemy warunki – warknął Sherlock, kolanem przyciskając Drzyzgę do ziemi. Ten próbował się wyrwać, ale skutecznie powstrzymali go przed tym Konar z Miką.

– Co się do cholery dzieje? – dopiero teraz z szoku otrząsnął się Philippe. Stojący obok Stephane nie był wstanie

– Wszczepili mu chip kontrolujący – odpowiedział szybko detektyw. – Trzeba go jak najszybciej wyjąć.

Sokalowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Teraz to on przejął stery. Nakazał siatkarzom by przenieśli nadal miotającego się Drzyzgę do gabinetu, a sam szybko przygotował wszystko do niewielkiego zabiegu.

– To jest to? – zapytał Sherlocka, delikatnie dotykając, niewielkiej sinej plamy na karku rozgrywającego.

– Tak.

Janek odetchnął głęboko po czym ostrożnie wbił się nożykiem w skórę. Fabian szarpnął się ostro.

– Nie szarp się, to nie zrobię ci krzywdy – nakazał lekarz.

Na chłopaku nie zrobiło do wrażenia. Nadal szaleńczo się wyrywał.

Dla Holmesa to było a dużo. Z całej siły przywalił mu w potylice. Oczy siatkarza momentalnie uciekły do góry, a on sam padł na leżankę zemdlony.

– Proszę pracować dalej – Sherlock skinął głową i poprawił rękawy koszuli.

Janek podziękował takim samym skinięciem i zabrał się do pracy. Uwinął się dosłownie w kilka minut, bo nadajnik był umieszczony tuż przy skórze.

– Proszę – wręczył urządzenie, detektywowi.

– Trzeba to zniszczyć – wyrwało się Stephanowi.

– Wręcz przeciwnie – Holmes dokładnie obejrzał chipa pod światłem. – To bardzo ciekawa technologia, którą należy zbadać – schował przedmiot do kieszeni.

– Czyli na razie mamy spokój z Omegą – podsumowała Zosia.

– Z Omegą może i tak – przytaknął Sherlock. – Ale pamiętaj, że Moriarty nigdy nie śpi.


Przestawiam wam kolejny rozdział. Mam nadzieję, że jest w miarę zjadliwy. Zostawcie po sobie komentarz, bo ostatnio coś z tym kiepsko.
Pozdrawiam
Violin

piątek, 21 października 2016

Rozdział 33

Greg wpadł do Francji zupełnie bez zapowiedzi. Tak naprawdę, to sam nie do końca wiedział po co jedzie, czuł po prostu wewnętrzną potrzebę zobaczenia się z Zosią. Wymówił się tym, że chce sprawdzić, czy odtrutka na pewno zniwelowała truciznę w organizmie Stephana po czym, ku zdziwieniu i irytacji Sherlocka, poleciał do kraju bagietek.

Do Paryża przybył niespodziewanie, ale Zośka nie miała nic przeciwko jego wizycie. Przeciwnie wręcz – zaproponowała, że oprowadzi go po mieście, w ten sposób wymigując się od spędzenia dłuższego czasu z Stephanem i jego rodziną.

– Dlaczego tak bardzo zależało ci na tym żeby ze mną iść? – zapytał Lestrade, kiedy szli ulicami miasta.

– To skomplikowane – westchnęła kobieta, chowając dłonie do kieszeni.

– Bardzo?

– Trochę. To nie tak, że ja ich nie lubię – zaczęła powoli. – Wręcz przeciwnie – uwielbiam dzieciaki, Stephana kocham jak brata, a Stephanie jest dla mnie jak siostra, tylko że…

– Tylko, że co?

– Tylko, że czasami czuję się, jak piąte koło u wozu.

Greg spojrzał na nią zdziwiony.

– Dlaczego? – dopytał.

Dopiero teraz zauważył jak Zosia wygląda. Podkrążone, zmęczone oczy, ziemista cera i niedbale związane w kucyk włosy, nie pasowały do obrazu pani inspektor, który zapamiętał. Zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo ostatnie wydarzenia zmęczył kobietę, jak bardzo ją wyniszczyły.

Dziwne było jednak z jaką siłą uderzył w niego ten fakt.

– Nie odpowiadaj – powiedział, zanim jego przyjaciółka zdążyła cokolwiek powiedzieć. – Byłaś ostatnio w teatrze? – zapytał, chcąc zmienić temat. Wiedział doskonale, że Zosia raczej niechętnie mówi o swoich uczuciach. 

– Proszę?

– Pytam, czy byłaś ostatnio w teatrze? Bo skoro już tak zupełnie normalnie rozmawiamy, o zupełnie normalnych rzeczach, nie związanych z morderstwami, gangami i bronią masowego rażenia, to może zrobiliśmy coś normalnego? – uśmiechnął się niepewnie.

– To nie jest wcale takie głupie – powoli powiedziała Zosia. – Wiesz co, Greg – z chęcią wybiorę się do teatru. I przez chwilę zapomnę o tej całej aferze, w którą się wplątaliśmy.

– I o to mi właśnie chodziło.

***

– Wiesz o co chodzi?

– Wiem tyle, ile powiedziała mi Omega.

Greg Lestrade oparł się o biurko i zmarszczył brwi. Siedzący przed nim Pierre Blain z zdenerwowaniem przełknął ślinę.

– A mówi ci coś nazwisko Moriarty?

Chłopak pokręcił głową. Nigdy nawet nie słyszał o kimś takim.

– To na nic – prychnął z irytacją Sherlock. – On nic nie wie. To bez sensu – opadł na krzesło, złożył dłonie i zaczął myśleć. – Nic nie mów – nakazał, wskazując na Blaina.

– Przecież się nie odzywam – oburzył się informatyk.

– Ale myśli, to wystarczy – warknął. – To nie ma sensu – wstał gwałtownie po czym zaczął krążyć po nie dużym gabinecie – Dlaczego Omega nie ściga Moriartiego? Dlaczego nie próbują go zniszczyć!

– Może współpracują ze sobą – zaproponował bez większego przekonania Greg.

– Orion jest na to za głupi.

– Albo po prostu o sobie nie wiedzą – młody informatyk wzruszył ramionami.

– Co powiedziałeś? – Holmes odwrócił się na pięcie.

– No, że może po prostu Omega nic nie wie o tym waszym Mordardym.

– Moriartim – poprawił go odruchowo Lestrade.

– Jedna i ta sama mortadela, co za różnica – Pierre przewrócił oczami.

Greg prychnął śmiechem, a Sherlock tylko zmarszczył brwi.

Nie rozumiał poczucia humoru zwykłych ludzi.

– Czy to może być aż tak proste… – znów zaczął mówić do siebie detektyw. – Ze strony Omegi owszem. To idioci, ale z cholernym fartem. Ale James… No tak, przecież to oczywiste! – Roześmiał się z triumfem.

– Ale co jest takie oczywiste? – zapytał głupio Greg.

– Właśnie jesteśmy okrutnie wykorzystywani – odpowiedział z dziwnym triumfem w głosie drugi mężczyzna. – I co jest najlepsze – nic z tym nie zrobimy.

***

Kolejne kilkanaście dni upłynęło na nerwowym oczekiwaniu. Z pozoru panował spokój. Stephane wrócił do zdrowia, siatkarze wzięli udział w Final Six, została wybrana szczęśliwa dwunastka, lecąca do Rio, a przez cały czas towarzyszyła im Zosia, jednocześnie monitorująca działania grupy Scotland Yardu w Brazylii. An Moriarty, ani Omega, nie dawali znaku życia. Było spokojnie, wręcz za spokojnie i wszyscy czuli, że to tylko cisza przed burzą.

Pierwsze oznaki, że dzieje się coś dziwnego, zauważył Bieniu. Stał sobie spokojnie w hali warszawskiego lotniska, razem z innymi oczekując na lot do Rio, kiedy nagle wpadł na niego Fabian. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że rozgrywający spojrzał na kolegę spode łba, a jego oczy błysnęły czerwonym światłem.

– F… Fabio… – Przerażony Mati cofnął się kilka kroków. – Wszystko okej?

Chłopak nic nie odpowiedział. Zamiast tego warknął tylko agresywnie po czym wyminął środkowego, niby przez przypadek trącając go ramieniem.

To było dziwne. Nawet bardzo dziwne. Mateusz wiedział, że Drzyzga ma charakter niekoniecznie pasujący do zbawiciela wszechświata, ale nigdy nie widział żeby zachowywał się w ten sposób.

– Bartek, ty też to widziałeś? – zapytał, stojącego obok Kurka.

– Ale, że niby co? – zdezorientowany Kuraś oderwał wzrok od ekranu telefonu.

– Nieważne – odburknął Bieniu. Nie chciało mu się tłumaczyć, szczególnie, że w tym momencie usłyszeli wezwanie do samolotu.

Przez całą podróż nie wspomniał już o tym dziwnym incydencie. Tak naprawdę, to zapomniał o wszystkim, zrzucając dziwne zachowanie Fabiana na zwykłe przemęczenie.

Nie wiedział, że to był dopiero początek.

***
– Są wszyscy?

Zosia potoczyła wzrokiem po zebranych w autokarze członkach reprezentacji. Odpowiedziały jej ciche pomruki i jakieś jedno niechętne „tak”. Wszyscy byli wymęczeni po długiej podróży,, nikt nie miał ochoty na dłuższą integracje.

Szczególnie, że ta wycieczka była szczególnie męcząca. Najpierw prawie spóźnili się na przesiadkę w Paryżu, potem Kurek i Kubiak prawie wsiedli do samolotu, lecącego do Sydney, a na końcu prawie zostali zatrzymani za „opóźnianie lotu i wywoływanie bezpodstawnej paniki”, bo Piter ubzdurał sobie, że na pokładzie są myszy. A okazało się, że to tylko Zati robi sobie z niego głupie żarty, bo mu się nudzi.

– Mogliby być tacy spokojni częściej – westchnęła, opadając na fotel obok Stephana.

– Po pierwsze, to nie możliwe, a po drugie, to zanudzilibyśmy się na śmierć – zaśmiał się trener.

– Może masz rację.

W tym momencie cisza została przerwana przez czyjś zdenerwowany krzyk.

– Proszę, pani! Proszę, pani!

– No i skończył się święty spokój – Zosia przewróciła oczami, ale podniosła się zdenerwowana. – Co się stało?

– Matich zostawiliśmy!

– Ale jakich Matich?

– Mikiego i Bienia! Zapomnieliśmy o nich!

– Cholera – przełknęła kierowniczka. – Panie kierowco, proszę się cofnąć.

Siatkarze mieli racje. Przed terminalem stali ich koledzy – spokojny Bieniu z telefonem przy uchu i trochę bardziej przestraszony Mika, wyglądający jak klasyczna, disnejowska, rozhisteryzowana Myszka Miki.

– Wróciliście po nas! – odetchnął z ulgą przyjmujący.

– Musieliśmy – odburknęła Zośka. – A teraz do autokaru i nie gadać! Im szybciej dojedziemy na miejsce tym mniejsze prawdopodobieństwo, że jeszcze coś zepsujecie.

Powyższy rozdział jest jednym z tych nijakich rozdziałów, o których nic nie jestem wstanie powiedzieć. Po prostu jest.
To tyle na dzisiaj.
Zapraszam na rozdział szesnasty na "Without you..."
Pozdrawiam
Violin

piątek, 7 października 2016

Rozdział 32

Za każdym razem, gdy Zosia spoglądała na Stephana, coś w jej sercu pękało. Stała na szpitalnym korytarzu i przez przeźroczystą szybę, patrzyła na mężczyznę, który blady jak ściana, leżał na szpitalnym łóżku, podłączony do różnych urządzeń.

– Jest źle? – zapytała, przygryzając wargę.

Stojący obok Sokal wzruszył ramionami.

– Trudno powiedzieć – westchnął. – jego stan jest ciężki, ale stabilny. Tak naprawdę wszystko zależy od następnych kilku dni – dodał. – Tak naprawdę, to tyle wiem od tych lekarzy, zbyt chętni do dzielenia się informacjami, to oni nie są.

Zosia przymknęła oczy i objęła się ramionami. Te kilka minut, kiedy była przekonana, że jej przyjaciel nie żyje, były najgorszym co przeżyła kiedykolwiek. Ostatni oddech Antigi brzmiał, jak wyrok śmierci, widok jego sinych ust powracał do niej, niczym koszmar. Nie mogła uwierzyć, że zaledwie sekundy dzieliły ją od tego by stracić jedynego przyjaciela, najważniejsza osobę, jaką miała. Nie chciała nawet myśleć o tym, co by było, gdyby Stephane umarł.

 Marzyła, by nigdy sobie nawet tego nie wyobrażać.

– Myślisz, że będzie dobrze? – wyszeptała, delikatnie muskając dłonią szybę.

– Miejmy taką nadzieję. – Janek położył dłoń na ramieniu kierowniczki. 

Kobieta uśmiechnęła się smutno.

– Masz rację – przytaknęła. Ostatni raz spojrzała na nieprzytomnego Stephana. – Braciszku… –jej usta zadrżały, a w oczach pojawiły się łzy. – Trzymaj się, musisz dać radę… wierzę w ciebie.

***

Orion był wściekły. Kilkanaście lat poszukiwań, wytężonej pracy , poszło na marne, przez głupie niedopatrzenie. Teraz nie tylko nie wiedział, gdzie znajduje się ostatnia baza, ale też nie miał pojęcia, jak uruchomić komputery, które już mają.

– Idioci! Banda Idiotów! – Uderzył pięścią w stół, a siedzący przed nim mężczyźni, odruchowo skulili się w sobie. – Zaprzepaścić taką szansę… – pokręcił głową z dezaprobatą. – No nic – westchnął – czasu nie cofniemy, ale macie szansę się zrehabilitować – powiedział chytrze – jeśli znajdziecie ostatnią bazę, to może daruję wam życie – uśmiechnął się chytrze.

Dowódcy przytaknęli zgodnie, nie chcąc narażać się na gniew szefa.

– To co tu jeszcze robicie?! – Orion wstał gwałtownie. – Do roboty, ale to już!

W sekundzie podnieśli się i wybiegli z sali, jak rażeni piorunem.

Złoczyńca opadł na krzesło i skrzyżował ręce na piersi. Bardzo nie podobało mu się to w jakiej sytuacji się znalazł.

– Zacząłem wcześniej, a teraz wlokę się na samym końcu – mruknął.

Nad rosyjską tundrą wzeszło słońce.

***

Szpitalne urządzenia pikały miarowo. Stephanie wsłuchała się w nie i rozluźniła mięśnie. Miarowy oddech męża działał na nią kojąco, a wyniki badań, mimo wszystko, napawały optymizmem i dawały nadzieję.

– Dasz radę, prawda? – wyszeptała, delikatnie gładząc kciukiem czoło Stephana. – Zawsze dawałeś.

W tym momencie poczuła, jak mężczyzna delikatnie ściska jej dłoń. Podniosła wzrok i napotkała mętne spojrzenie niebieskich oczu. Przez chwilę patrzyła w nie, nie wierząc w to co widzi. Miała wrażenie, że właśnie otrzymała od losu najwspanialszy prezent. Niby to było tylko jedno spojrzenie, parę sekund, ale tak niesamowicie dla nie ważnych.

Cały jej świat był zamknięty właśnie w tym jednym spojrzeniu.

– Obudziłeś się – szepnęła przez łzy radości.

– Musiałem – odpowiedział słabo Stephane. – Nie mogłem… – w tym momencie zakrztusił się, a jego ciałem wstrząsnął dreszcz.

– Nic już nie mów – nakazała Stephanie. – Najważniejsze, że żyjesz.

***

– Wysłaliście już agentów do Brazylii?

Zosia siedziała w swoim pokoju i rozmawiał przez telefon z Gregiem. Opowiedziała mu o tym co stał się z Stephanem, ale wolała za bardzo się nie rozwodzić nad całą sytuacją, szczególnie, że wszystko wskazywało na to, że Antiga przeżyje.

– Oczywiście, że wysłaliśmy – prychnął Lestrade. – I to już dawno. Ale to wielki kraj, wiele czasu może zająć nam znalezienie bazy – westchnął ciężko.

– A dzienniki?

– W żadnym nie mamy podanej dokładnej lokalizacji. Podejrzewamy, że baza może być bliżej Rio, bo w pamiętniku Haveline nie ma wzmianki o długie podróży.

– To logiczne – Kobieta zmarszczyła czoło. – Tylko, że nadal pozostaje nam do przeszukania spory obszar.

– Próbujemy znaleźć jakiś kod, coś według czego wybierali miejsca, ale na razie nic nie mamy.

– Co z Moriartim?

– Żadnych śladów  – mruknął Greg. – Przypuszczamy jednak, że też jest w Brazylii. Doskonale wiesz, jak sprytny i nieobliczalny jest.

– Niestety tak. No trudno, informuj mnie jak coś się zmieni, na razie zostaje z chłopakami – Zosia poinformowała jeszcze przyjaciela, a potem rozłączyła się, by nie słuchać jego protestów.

***

Samolot wylądował w Warszawie. Gdy tylko zniknął nakaz zapięcia pasów, Michał wygrzebał z plecaka komórkę i włączył ją. Z zniecierpliwieniem czekał, aż ta zacznie odpowiadać, a kiedy zobaczył dziesięć nieodebranych połączeń od Zosi, poczuł jak robi mu się gorąco. Dopiero jeden sms, składający się z zaledwie dwóch słów, sprawił, że mógł odetchnąć z ulgą.

Obudził się.

– Chłopaki! – poderwał się gwałtownie z miejsca. – Stephane się obudził będzie żył! – krzyknął rozradowany.

Wybuchła przysłowiowa euforia. Siatkarze śmiali się radośnie, podskakując w niewielkim samolocie i regularnie uderzając głowami w sufit. Pozostali pasażerowie patrzyli na nich, jak na wariatów, ale woleli nie pytać co się dzieje.

– Myślisz, że teraz wszystko wróci do normy? – zapytał Kubiaka Fabian, kiedy znaleźli się już w terminalu.

– Chyba żartujesz – prychnął kapitan. – Czy my kiedykolwiek byliśmy normalni?

***

Potrzebowali szpiega. Kogoś, kto będzie na tyle blisko, a zarazem na tyle daleko, by obserwować co robi Scotland Yard.

– Co to za człowiek? – zapytał Orion, stukając palcem w podsunięte zdjęcie.

– Jeden z siatkarzy – odpowiedział drżącym głosem jeden z generałów Omegi.

– A niby po co nam siatkarz? – prychnął złoczyńca.

– Jest blisko tej całej Zosi – zaczął powoli tłumaczyć dowódca. – A to może być dobre. Gdybyśmy wprowadzili kogoś do samego Scotland Yardu, mógłby być częściej sprawdzany i szybko by go wykryli. Ich nikt nie kontroluje.

– No niech będzie – Orion odchylił się na krześle. – Tylko powiedz mi – skrzyżował ręce na piersi – jak zamierzasz przekonać tego twojego siatkarza, by z nami pracował.

– Nie zamierzam – generał wzruszył ramionami. – Dzięki temu urządzeniu będziemy mogli go kontrolować – powiedział, po czym wyjął z kieszeni chipa, nie większego od ziarnka ryżu.

– I to działa?

– Owszem – przytaknął. – Wszczepiamy to pod skórę na karku i możemy kontrolować dowolną osobę.

– A jak to dokładnie działa?

– To… skomplikowane. – Podrapał się po głowie z zakłopotaniem.

Orion westchnął i jeszcze raz obejrzał niewielkie urządzonko. Plan był dziwny, nieco ryzykowny, ale mógł się udać.

– Jeśli ci się powiedzie, to może oszczędzę twoją głowę – powiedział po czym roześmiał się szyderczo.

***

Był środek nocy, a rzeszowskie ulice powoli pustoszały. Fabian wracał właśnie z krótkiego spotkania z starym kumplem i jedynym o czym marzył, było ciepłe łóżko. Z słuchawkami na uszach zupełnie nie dostrzegał świata wokół. Nie zauważył więc starszego mężczyzny w mocno zużytych ubraniach, nonszalancko opartego o mur. Minął go, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.

To był błąd. W jednej chwili nieznajomy znalazł się przy rozgrywającym, powalił go na ziemię i wbił coś w kark.

– Cicho – syknął. – To tylko chwila.

Drzyzga poczuł jak świat wokół zaczyna wirować. Na chwilę stracił kontakt z rzeczywistością, nie do końca wiedział co się dzieje.

Jednak po chwili wszystko się skończyło. Tajemniczy mężczyzna zniknął, a Fabian mógł spokojnie wstać i dalej iść do domu. Jego pamięć została zmodyfikowana, nie pamiętał też co się stało.

Nie wiedział, że teraz ma w swoim ciele coś, co tylko czeka, by przejąć kontrolę nad jego ciałem.


W końcu dodaję nowy rozdział. Nie wiem co o nim napisać, zresztą jest już tak późno, że nie chce mi się nic wymyślać.
W ciągu dwóch dni powinno pojawić się coś na "Without you..."
Pozdrawiam
Violin